Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skąd przychodzimy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skąd przychodzimy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 stycznia 2012

pomoc wszystkich udzielana wszystkim

ResearchBlogging.orgJedną z cech wyróżniających ludzkie społeczności spośród innych zbiorowości świata zwierzęcego jest ich liczebność. W dzisiejszych czasach przechodzimy sami siebie. Przeciętne polskie miasto ma więcej niespokrewnionych ze sobą mieszkańców niż struktury społeczne z wczesnej historii ewolucyjnej naszego gatunku. Mimo tego, że codziennie spotykamy ludzi którzy są nam zupełnie obcy, nie tylko jesteśmy w stanie z nimi koegzystować, nierzadko zdobywamy się nawet na życzliwość wobec nich.

Pośród naczelnych stanowimy wyjątek także z innego powodu. Przyglądając się współcześnie istniejącym kulturom pierwotnym, żyjącym w sposób podobny do tradycyjnego modelu społeczności, wypracowanego na afrykańskiej sawannie dawno, dawno temu, można zaobserwować, że cechują się one bezprecedensową płynnością składu osobowego. W większości przebadanych plemion, ludzie relatywnie swobodnie przechodzą z jednej grupy do drugiej, opuszczając tę, w której się wychowali i zostając przyjętym przez nową. Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. W większości zwierzęcych zbiorowisk, tylko jedna płeć pozwala sobie na takie wojaże. U szympansów są to np. samice. Skutek tego jest taki, że nasze społeczności są ze sobą w zaskakująco małym stopniu spokrewnione. Stawia to w nowym świetle nasze dotychczasowe myślenie o źródłach ludzkiej kooperacji. Właśnie ona najprawdopodobniej wyniosła nas na pozycję silnie dominującego gatunku na naszej planecie.

Rodzina ludzka

Myśląc o szeroko rozumianej rodzinie ludzkiej, należy pamiętać, że przeciętne stadko szympansów jest w większym stopniu zróżnicowane genetycznie. Oznacza to, że ma mniej wspólnych przodków, niż wszyscy żyjący na Ziemi ludzie. Jest to pozostałością po tych momentach historii człowieka, w których gatunek ten liczył sobie tylko kilkanaście tysięcy osobników. Owe przejścia przez ewolucyjne głębokie gardło wynikały między innymi z katastrof naturalnych, takich jak erupcja superwulkanu Toba, 70 tysięcy lat temu. Innym ciekawym fenomenem dotyczącym naszej przeszłości jest tzw. paradoks wspólnych przodków. Gdyby wyliczyć liczbę przodków dowolnego człowieka do kilkudziesięciu pokoleń wstecz, w myśl zasady, że każda osoba ma dwoje rodziców biologicznych, z których każda ma ich podobną liczbę (dwoje rodziców x dwoje dziadków x dwoje pradziadków...), bardzo szybko otrzymalibyśmy liczbę większą, niż obecnie żyjące siedem miliardów ludzi (spodziewać by się ich można około roku 1000). A przecież ludzkości z biegiem czasu ma przybywać, nie ubywać. Rozwiązanie tej sprzeczności polega na tym, że, po pierwsze, nie wszyscy nasi przodkowie należeli do tych samych pokoleń (różnice między nimi były większe niż 10 lat), po drugie, wszyscy jesteśmy ze sobą spokrewnieni bliżej, niż mogłoby się wydawać. Mamy bardzo wielu wspólnych przodków.

Na podstawie badań DNA mitochondrialnego, dziedziczonego tylko po linii żeńskiej (męskie mitochondria w większości wypadają z rzeki genów wraz z wicią plemnika, nieliczne pozostałe giną we wczesnej fazie rozwoju zygoty), wywnioskowano, że wszyscy żyjący dziś ludzie pochodzą od jednej kobiety, żyjącej prawdopodobnie 200 tysięcy lat temu we wschodniej Afryce. Nie oznacza to, że była jedyną kobietą żyjącą wówczas na Ziemi, chodzi raczej o to, że jedynie potomstwo jej potomstwa dożyło współczesności. Sztafeta pokoleń dzielących nas od początku rodzaju ludzkiego liczy sobie mniej więcej 100 000 pokoleń łowców-zbieraczy, 500 pokoleń rolników i ostatnie dziesięć pokoleń cywilizacji uprzemysłowionej. Pozwala to nam uzmysłowić sobie, jak niewiele dzieli nas od naszych przodków i jak bardzo cudaczny jest nasz sposób życia, brany przez wielu za oczywistość. 95% historii człowieka polegało na mniej lub bardziej koczowniczym trybie życia łowców zbieraczy.

Podaj dzidę

Poziom współpracy we współczesnych ludzkich społecznościach koczowniczych jest niespotykany, jeśli wziąć pod uwagę inne naczelne. Dużą część opieki macierzyńskiej sprawują mamy niespokrewnione z dzieckiem, wiele czynności zapewniających przetrwanie odbywa się na zasadzie kooperacji, zdobyte pożywienie jest dzielone pomiędzy członków zbiorowości. Od najmłodszych lat ludzie wykazują zaskakująco dużą skłonność do troski o innych, równy podział, zwłaszcza wobec przedstawicieli swojej grupy. Dzieci do 3-4 roku życia zachowują się dość egoistycznie, potem jednak, do 8 roku życia przejawiają wyraźnie egalitarne skłonności.

Dotychczasowe myślenie o ludzkiej skłonności do kooperacji z obcymi zakładało, iż jest ona wytworem czasów, gdy ludzkie społeczności składały się tylko z członków spokrewnionych ze sobą. Skoro ktoś należał do grupy, pomoc mu się należała. Pomaganie ludziom z nami spokrewnionym daje naszym genom pośrednie korzyści, w skutek mechanizmu znanego jako dobór krewniaczy. Im bardziej ktoś jest ze mną spokrewniony, tym bardziej opłaca mi się udzielać mu bezinteresownej pomocy, jako, że większa jest szansa, że jest on nosicielem takich samych alleli danego genu (dla bliźniąt jednojajowych wynosi ono 1, dla rodzeństwa 0,5, dla kuzynostwa 0,25). Tłumaczyłoby dlaczego pomagamy osobom, co do których istnieje uzasadnione podejrzenie, że są z nami spokrewnione. Osoby obce łapałyby się na naszą życzliwość niejako na doczepkę.

Czy my się znamy?

Analiza struktury współczesnych społeczności zbieracko-łowieckich pokazuje jednak, że sprawa może wyglądać inaczej. We wszystkich 32 przebadanych kulturach, dorosłe rodzeństwa bardzo często zamieszkują razem, wymuszając kontakt mężczyzn z danej społeczności z ich zięciami (z założenia niespokrewnionymi). Można wysnuć stąd wniosek, iż sieć społeczna q tych kulturach opiera się na damsko-męskich parach i wynikających z nich powiązaniach rodzin, tworzących takie relacje, jak żona brata czy żona syna. W świetle obecnej wiedzy jest to sytuacja niespotykana u innych naczelnych. Część naukowców komentujących pracę sugeruje jednak, że może to wynikać z faktu, iż nie dość dobrze poznaliśmy ich zwyczaje. Autorzy spekulują, że wspólne zamieszkiwanie mogło przyczyniać się do redukowania napięć pomiędzy niespokrewnionymi ze sobą samcami. Jest to o tyle istotne, że gatunek ludzki wydaje się być filopatryczny - tęskni za domem i wraca do miejsca narodzin i zamieszkania. Większa tolerancja na niespokrewnionych bliskich naszych krewnych umożliwiła wspólne koczowanie i częstsze pokojowe interakcje osobom, które w przeciwnym razie szczerzyły by na siebie zęby, potrząsając dzidą.

Mechanizm ten mógł doprowadzić do powstania społeczności składających się z zamieszkujących blisko siebie braci i sióstr, z konieczności przyjmujących pod swój dach ich partnerów, wywodzących się z innych grup. Analiza powiązań pomiędzy poszczególnymi ich członkami pokazuje, że z punktu widzenia typowej jednostki, zazwyczaj jedynie 10% grupy stanowi jej bliska rodzina. Przykładowo, u Indian Ache z Paragwaju, czwarta część członków społeczności jest spokrewniona ze sobą dalej niż przez pięć stopni (z czego maksymalnie dwa stanowią małżeństwa). Podobny odsetek stanowi bliższa i dalsza rodzina partnera łącznie, ponad jedną czwartą członków społeczności łączą inne relacje, dalsze niż krewni krewnych.

Swój do cudzego

Kim Hill i prowadzony przez niego zespół badaczy odpowiadający za analizę struktury społeczności zbieracko-łowieckich, wskazują na to, że właśnie owa matrymonialnie motywowana płynność społeczeństw ludzkich mogła być kluczowym czynnikiem stymulującym rozwój współpracy pomiędzy ich członkami. Liczba innych przedstawicieli swojego gatunku, z którymi spotykał się w ciągu swojego życia przeciętny człowiek jest o dwa rzędy wielkości większa, aniżeli w wypadku przeciętnego szympansa. Obsługa tak gęstej sieci powiązań społecznych wymagała większego mózgu, zdolnego do przetwarzania tak dużej ilości informacji społecznych. Badacze sugerują, że skutkowało to także intensywniejszym przepływem informacji, przynoszonych z różnych zakątków ówczesnego świata, przyczyniając się do wzajemnego uczenia się od siebie członków różnych grup. A tym samym, do tworzenia się tego, co nazywamy dziś ludzką kulturą (rozprzestrzeniania się memów, jak chcą niektórzy). Czy wreszcie - rozwoju innowacji.

Badacze sugerują, że wymuszone wspólne zamieszkiwanie niespokrewnionych ze sobą osób wyjaśniać może dlaczego ludzie gotowi są, by pomagać nieznajomym. Biorąc pod uwagę strukturę naszych społeczności, w historii ewolucyjnej naszego gatunku mieliśmy prawdopodobnie wiele okazji, by nauczyć się znosić ludzi niebędących naszymi krewnymi (jakby znoszenie krewnych zawsze było takie proste!). Badania przeprowadzane na Bałkanach pokazały swego czasu, że spośród obszarów dotkniętych czystkami etnicznymi, przemoc była najmniejsza w rejonach, w których przedstawiciele zwaśnionych grup częściej wchodzili ze sobą w związki małżeńskie. Jak to bywa w badaniach korelacyjnych, istnieje oczywiście ryzyko pomylenia przyczyny ze skutkiem, wygląda jednak na to, że wżenianie się między siebie przedstawicieli wrogich sobie grup, z biegiem czasu dość skutecznie redukuje napięcia między nimi.

Życie brutalne i krótkie


W myśleniu o źródłach ludzkiej życzliwości względem siebie często pojawia się wątek okrucieństwa i bezprawia, jakie panuje jakoby w społeczeństwie pozbawionym suwerena w postaci władcy. Taką wizję zarysował swego czasu Thomas Hobbes, XVII-wieczny filozof brytyjski, nazywając życie człowieka wojną wszystkich, przeciwko wszystkim. Wydawać by się mogło, że bez zorganizowanych struktur władzy i zależności trudno mówić o egzekwowaniu praw i obowiązków, a tym bardziej współpracy. Obserwacja afrykańskiej społeczności Turkana pozwala przypuszczać, że trudno o bardziej błędny pogląd. Badacze z University of California przepytali 118 mężczyzn tego plemienia, skupiając się na stosowanych przez nich mechanizmów zapewniania płynności współpracy (czyt., karania gapowiczów). Lud Turkana, w liczbie niemal pół miliona ludzi, wiedzie żywot wędrownych pasterzy, zmieniających miejsce zamieszkania w poszukiwaniu nowych zielonych pastwisk dla swojego bydła - wielbłądów, zebu, osłów czy kóz. Innym stałym elementem stylu życia Turkana są okresowe najazdy na sąsiednie plemiona, mające na celu uzupełnienie pogłowia bydła. Wyprawy łupieżcze tego typu liczą sobie nawet do kilkuset niespokrewnionych mężczyzn i w niektórych wypadkach kończą się śmiercią kilku uczestników. Skutkuje to pewnym odsetkiem dezercji jeszcze przed walką i ucieczek z pola bitwy (zdarzających się nawet w 40% najazdów).

Łagodne przypadki tchórzostwa spotykają się ze słownymi reprymendami i pogadankami ze strony współplemieńców. Uciekinierów kara się niekiedy znacznie bardziej dotkliwie, przywiązując ich do drzewa i wymierzając im kary fizyczne, najczęściej w postaci pobicia z rąk członków społeczności. Funkcjonują także kary w postaci grzywny. Nie ma natomiast wśród Turkana wyznaczonych sił porządkowych - do reguł określających postępowania w wypadku złamania zasad współżycia stosuje się ogół członków grupy. Co ciekawe, Turkana mają bardzo niskie statystyki popełnianych morderstw, odpowiadających jedynie za 1% śmiertelności dorosłych mężczyzn. Połowa mężczyzn umiera w wyniku potyczek z innymi plemionami. Dzisiejsze konflikty rozwiązywane są przy użyciu broni palnej, która znajduje się w posiadaniu większości mężczyzn Turkana. Najwyraźniej jednak, używa się jej niemal wyłącznie wobec członków innych plemion. Wydaje się, że reguły postępowania i konsekwencja w ich przeprowadzaniu zapewnia korzyści całej, liczącej sobie setki tysięcy osób, społeczności, mimo, że jej członkowie są od siebie oddaleni nierzadko o setki kilometrów. Wszystko to odbywa się wobec braku jakichkolwiek struktur politycznych.

Badacze wskazują, że podobne reguły postępowania mogą zapewniać spójność na poziomie większych zbiorowości, takich jak grupy władające tym samym językiem, będące częścią tej samej kultury. Inne badania wskazują zresztą, że np. w rozmowie telefonicznej bardziej skłonni jesteśmy pomagać ludziom mówiącym gwarą podobną do naszej. Chętnie pomagamy ludziom, zwłaszcza, gdy są do nas podobni. Przynajmniej trochę.


grafika:

Źródło:
Hill KR, Walker RS, Bozicević M, Eder J, Headland T, Hewlett B, Hurtado AM, Marlowe F, Wiessner P, & Wood B (2011). Co-residence patterns in hunter-gatherer societies show unique human social structure. Science (New York, N.Y.), 331 (6022), 1286-9 PMID: 21393537
Mathew, S., & Boyd, R. (2011). Punishment sustains large-scale cooperation in prestate warfare. Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America PMID: 21670285

wtorek, 13 września 2011

wszystko, co nas tworzy wybuchło kiedyś kruchą gwiazdą

Mgławica Krab. Pozostałość po supernowej zaobserwowanej
w 1054 roku przez chińskich astronomów. Właśnie z takich
miejsc przychodzimy.

Każdy mężczyzna i każda kobieta jest gwiazdą.
Aleister Crowley, Τὸ Μεγα Θηρίον

Aleister Crowley może i odjechał zupełnie nazywając się "Wielką Bestią", prawdopodobnie zaś nieco wcześniej, np. tworząc własny system okultystyczny, tym niemniej, w tym konkretnym zdaniu nie minął się z prawdą wiele. Wtórował mu zresztą sam Carl Sagan z właściwym sobie kunsztem słowa, mówiąc, iż składamy się z materii gwiazd.

* * *

Narodziny nowej gwiazdy.
Jedną z nie do końca rozwiązanych tajemnic wszechświata jest obfitość złota w naszym najbliższym kosmicznym otoczeniu. Dlaczego? Ciężkie pierwiastki (bez których nie ma skalistych planet ani znanego nam życia) nie wzięły się znikąd. Na początku był wodór. Niemal 14 miliardów lat temu, tuż po Wielkim Wybuchu, we wczesnej historii wszechświata, istniały przede wszystkim atomy wodoru - pierwsze pary protonów i neutronów. Towarzyszyły im atomy helu (z dwoma protonami) i litu (trzy protony). Rozszerzający się wszechświat stygł błyskawicznie, stając się zimną, niezmierzoną pustką poprzetykaną tu i ówdzie pojedynczymi samotnymi atomami. Z pomocą przyszła im grawitacja, nieskończenie powoli, ale systematycznie przyciągając do siebie owe pierwsze klocki, tym silniej, im bliżej siebie były. Zbierające się w wyniku tego przyciągania pierwsze skupiska gazu stawały się coraz cięższe i cięższe, przybierając na objętości. Ciśnienie we wnętrzu tych kosmicznych kłaczków rosło i rosło, osiągając z biegiem czasu masę krytyczną, dając w konsekwencji początek pierwszym gwiazdom. Potrzeba na to było całe 100-200 milionów lat. Właśnie w tych kosmicznych tyglach, w wyniku reakcji termonuklearnych zachodzących w piekielnych wnętrzach gwiazd, dochodzi do łączenia się lżejszych pierwiastków w cięższe, przy jednoczesnym uwolnieniu ogromnych ilości energii, za którą m.in. jesteśmy wdzięczni słońcu. Wodór staje się w ich wyniku helem, hel węglem... W jądrach gwiazd powstają w ten sposób pierwiastki lżejsze od żelaza. Gwałtowne i niezwykle jasne eksplozje rozrywające umierające wielkie gwiazdy - wybuchy supernowych - rozsiewają przyrządzone w ten sposób pierwiastki po całym kosmosie, dodając kolejne od siebie, dając początek Tobie, mnie i wszystkiemu innemu. Tym niemniej, wciąż nie do końca wiadomo, skąd wzięła się część pierwiastków bogatych w neutrony. Ich ilości obserwowane w kosmosie nie pasują do obliczeń i każą szukać nowych potencjalnych miejsc ich narodzin.

Artystyczna wizja gwiazdy neutronowej.
Kolejną zagadką kosmosu są tzw. rozbłyski gamma (ang. gamma-ray bursts, GRB), obserwowalne przy pomocy specjalnej aparatury. Pierwsze zaobserwowano w czasie zimnej wojny, przy pomocy amerykańskich satelitów okołoziemskich mających za zadanie poszukiwać rozbłysków gamma towarzyszących hipotetycznym testom nuklearnym na orbicie, o jakie podejrzewano Związek Radziecki. Pojawiają się średnio raz dziennie, trwając od kilku milisekund do kilkunastu minut. Ilość energii uwalniania w ciągu tych potężnych eksplozji równa jest ilości energii uwalnianej przez naszą gwiazdę centralną przez całą długość jej istnienia. Choć obserwujemy je bardzo często, są dość rzadkim zjawiskiem w skali galaktycznej, przydarzając się ledwie kilkukrotnie w skali milionów lat. Ich źródła są od nas nieprawdopodobnie oddalone, zaobserwowane dotąd znajdują się bowiem miliardy lat świetlnych od Ziemi.  Rozbłyski gamma podzielić można na dwie grupy: rozbłyski długie, trwające od 2 do kilkuset sekund a nawet dłużej, oraz rozbłyski krótsze, nie dłuższe niż 2 sekundy. Te pierwsze towarzyszą prawdopodobnie wybuchom supernowych i zapadaniu się największych gwiazd w czarne dziury i gwiazdy neutronowe, małe (rzędu 20 km) i jednocześnie bardzo ciężkie obiekty składające się niemal wyłącznie z neutronów (z pewną dozą uproszczenia można opisać je jako kolosalne jądra atomowe). Gwiazdy neutronowe są nieprawdopodobnie gęste - uszczknięta z niej łyżeczka materii ważyłaby na Ziemi 6 miliardów ton. I to właśnie one odpowiadać mogą za krótkie rozbłyski gamma.

Artystyczna wizja pulsara, szczególnego przypadku gwiazdy neutronowej,
obracającej się nieprawdopodobnie szybko i emitującej fale radiowe.
Phil Plait mówi, że bardzo prawdopodobna. Ja mu wierzę.
Jedną z koncepcji próbujących wyjaśnić pochodzenie owych tajemniczych wysokoenergetycznych błysków gdzieś daleko w kosmosie są kolizje gwiazd neutronowych. Jeśli pojedyncza jest czymś całkowicie niesamowitym, ich zderzenie przekracza wszelkie ludzkie pojęcie. Na szczęście jednak nie do końca, istnieją bowiem fizycy, którzy, analizując teoretycznie modele takich zdarzeń, przewidują że ciała składające się wyłącznie z neutronów potrafią dostarczyć odpowiedniej ich ilości, by tworzyć naprawdę ciężkie (składające się z wielu protonów i neutronów) pierwiastki. Takie jak złoto.

TL;DR: Z czego wynika, że złoto w biżuterii, którą być może masz w tym momencie na sobie np. w postaci obrączki, mogło powstać niewyobrażalnie dawno temu, w postaci gwałtownego złączenia dwóch gwiazd neutronowych, ogromnej eksplozji, której echa miliardy lat wędrują przez czas i przestrzeń, by na jakiś czas stać się niezmiernie cenną ozdobą naszego ciała. Nieźle. Ładna pamiątka po kosmicznej katastrofie. To takie romantyczne.

When Two Stars Collide. Animacja i szczegóły techniczne.


Mówi się, że aby coś dogłębnie zrozumieć, należy spróbować wyjaśnić to siedmiolatkowi. BANG! to ilustrowana historia wszystkiego napisana językiem, który zrozumie każde dziecko i dorosły, dostępna do ściągnięcia, możliwa do zakupienia. Warto mieć to pod ręką, by nie lękać się już dnia, gdy dzieci zapytają o to, skąd wzięło się owe wszystko. 


tytuł pochodzi z wiersza napisanego przez koleżankę; dziękuję, E.

grafika:
kadry z animacji Cosmological Fantasia - CC-BY-NC Timo Baker
wizualizacja kolizji - domena publiczna, NASA, Dana Berry

środa, 27 lipca 2011

wielkość może mieć znaczenie

ResearchBlogging.orgNiektóre ludzkie organy są zaskakująco duże. Dość oczywistym przykładem jest mózg, a zwłaszcza kora nowa, odpowiadająca m.in. za wyższe funkcje poznawcze. Prawdopodobnie to ona stanowi o naszym ewolucyjnym sukcesie, jak również odpowiada za nasze wybitne możliwości intelektualne. Do pewnego stopnia dotyczy to także innych naczelnych. Jednym z możliwych wyjaśnień takiego właśnie rozrostu tego niesłychanie kosztownego i energożernego organu jest konieczność obsługi wielkiej zawiłości społecznych relacji, jaką cechują się społeczności małp naczelnych.

Zawrotną karierę robi ostatnimi czasy tzw. liczba Dunbara (nazwaną tak od nazwiska Robina Dunbara, antropologa brytyjskiego pochodzenia), określająca liczbę osób, z którymi człowiek jest w stanie podtrzymywać znajomość. W dużym uproszczeniu wynosi ona 150, z pewnymi odchyleniami mieszczącymi się pomiędzy 100 a 230. Prawidłowość tę zaobserwować można w zaskakująco wielu obszarach naszego życia społecznego. Przykładowo, w niektórych teoriach zarządzania zakłada się, że organizacje mające więcej członków wymagają struktury hierarchicznej, do tego momentu wystarczy struktura oparta na znajomości. Podobne wartości przywożą ze swoich wypraw antropologowie - w społecznościach tradycyjnych podobną wartość przyjmuje liczebność klanu, nieformalnej struktury w obrębie plemienia, związanej wspólnymi sprawami, np. rodzinnymi. Znaleźć ją można także w strukturach militarnych, gdzie najmniejszą samodzielną jednostką jest kompania, licząca do 110 żołnierzy, nie inaczej było w historycznym przypadku podstawowej jednostki bojowej rzymskich legionów, manipuły, liczącej sobie około 120 ludzi (choć źródła różnią się w tej kwestii). Istnieją przesłanki mówiące o tym, że tyle wynosić może przeciętna liczba znajomych na portalach społecznościowych, przy czym aktywnie komunikujemy się z maksymalnie dziesięcioma osobami. Prawidłowość tę potwierdzono także dla konwersacji twitterowych.

Najciekawszym, a jednocześnie dość mało znanym, wątkiem w koncepcji Dunbara jest jej zależność od wielkości mózgu  - a konkretnie kory nowej - najmłodszego ewolucyjnie kawałka naszego ulubionego narządu. Przy czym, należy pamiętać, że nie chodzi tu ściśle o rozmiar pamięci roboczej do przetwarzania informacji biograficznych, co bardziej o zdolność do praktycznego wykorzystywania wiedzy o zawiłości relacji pomiędzy innymi ludźmi i tego, jak możemy wejść w interakcję z nimi dla własnej korzyści.

Wszystko zaczęło się od zauważenia, iż pośród kręgowców, naczelne mają nieproporcjonalnie duże mózgi względem masy ciała. Zwłaszcza mózg człowieka jest większy, niż gdyby miał pracować tylko na jednym etacie utrzymywania reszty ciała przy życiu. Usilnie domaga się to wyjaśnienia, jako, że dla organu pochłaniającego 40% zasobów energetycznych organizmu (to zupełnie tak, jak wydatki propagandowe i militarne w budżecie głodującej KRLD), winno istnieć naprawdę dobre uzasadnienie, które pozwala doborowi naturalnemu podpisać się pod taką rozrzutnością. Dość powszechnie przyjmuje się, że wyjaśnieniem tego fenomenu jest wspomniane wcześniej bogate środowisko społeczne w jakim odnaleźć się muszą człowiek i jego najbliżsi krewni. A mianowicie, konieczność koordynacji swoich działań z innymi członkami społeczności, rozwiązywania konfliktów interesów, wchodzenia w sojusze, pilnowania własnych interesów w sytuacji, gdy inni wchodzą w sojusze czy odgadywania ich stanów mentalnych i zamiarów (myślę, że myślisz, że ja myślę, że ty myślisz, że cię zdradziłem i dlatego prosisz mnie o kolejne ustępstwa). Wszystko to, *co kochamy w serialach i literaturze.

Zależności dopatrzono się u wielu gatunków naczelnych i innych ssaków. Względny wobec ciała rozmiar neokorteks (składa się na nią 8 mld neuronów, ma grubość raptem kilku milimetrów) koreluje z najróżniejszymi wskaźnikami złożoności środowiska społecznego w jakim żyje dany gatunek - rozmiarem grupy, liczbą tworzących ją samic, rozmiarem kółeczka wzajemnego iskania, częstością wchodzenia w koalicje czy częstością dokonywanych przekrętów. Znacznie mniej zbadano pod tym kątem nas samych, zwłaszcza w kwestii międzyosobniczego zróżnicowania rozmiarów tego istotnego kawałka mózgu. Czy istnieje zależność pomiędzy jego wielkością a radzeniem sobie w kontaktach międzyludzkich? Opisywane badanie może nie zrewolucjonizuje nauki, ale z pewnością stanowi wartościowy precedens.

Badacze postanowili porównać rozmiary rożnych części mózgu z bogactwem życia towarzyskiego jego posiadacza. W dotychczasowych badaniach, najczęściej posługiwano się pojęciem ekstrawersji (im większa tym z reguły większa intensywność kontaktów społecznych), mierzonej różnymi wersjami bardzo popularnego kwestionariusza NEO, opartego na pięcioczynnikowym modelu osobowości. Problem polega na tym, że na czynnik ekstrawersji składa się w nim sześć podczynników, mierzących dość zróżnicowane aspekty, takie jak poszukiwanie doznań, aktywność, pozytywne emocje czy asertywność. W rezultacie, przewidywane zależności czasem wychodziły a czasem nie, w dodatku z różnymi częściami kory i nie tylko. Autorzy publikacji postanowili spróbować czegoś nowego. Zastosowali kwestionariusz Zuckermana-Kuhlmana ZKPQ, oparty na alternatywnym modelu pięcioczynnikowym, opracowanym dla odmiany w oparciu o podstawy biologiczne. Autorzy modelu założyli, że opis struktury osobowości zwierzęcia zwanego człowiekiem musi być nie tylko adekwatny dla ludzi z różnych kultur bądź grup wiekowych czy też spełniać typowe wymogi dotyczące rzetelności testów psychologicznych, ale także nadawać się do opisu innych gatunków zwierząt. Rezultat ich pracy obejmuje: aktywność, towarzyskość, neurotyczność (niepokój, lękliwość), agresywność (wrogość) i impulsywne poszukiwanie doznań. Można się zastanawiać, na ile dane czynniki, za pomocą stopniowania ich natężenia, są w stanie opisać osobowość człowieka. Tym niemniej, w tym momencie, interesuje nas wyłącznie czynnik towarzyskości, zawierający liczbę przyjaciół, ilość spędzanego z nimi czasu, otwartość, preferowanie spędzania czasu z ludźmi nad towarzystwo własne i uciążliwość izolacji społecznej dla danej osoby.

Ponieważ człowiek rozgrywa się przede wszystkim w mózgu a wszystko, co go dotyczy, musi przezeń przejść, analiza zależności pomiędzy strukturami neuronalnymi a cechami zachowania - póki co często dość toporna i przypominająca niekiedy pomysły frenologów, jest duże więc działa bardziej - stanowi ważny kierunek badań. Wychodząc z tego założenia, badanym zmierzono objętość kresomózgowia (półkule mózgowe i przyległości, bez wzgórza-podwzgórza, móżdżka i rdzenia), kory nowej (zewnętrzna warstwa komórek), lewego i prawego płata czołowego i płatów skroniowych. Wzięto pod uwagę także zależność od wieku - mózg z czasem maleje - i wzrostu, są bowiem badania mówiące o tym, iż wyżsi ludzie mają relatywnie większe mózgi, choć wciąż wzbudza to kontrowersje.

Najsmutniejszą częścią publikacji jest rozmiar próby (skądinąd nie tak rzadki w badaniach z zakresu neuronauki, m.in. ze względu na koszty związane z aparaturą). Naukowcy przebadali 25 osób, z czego siedemnastu mężczyzn. Przeciętny mózg badanego zajmował 1127 cm³, czym doskonale wpisywał się w przeciętny rozmiar mózgu Europejczyka (1130 cm³). Tym niemniej, badacze znaleźli ciekawe zależności pomiędzy ogólną objętością kresomózgowia, kory nowej i zwłaszcza obu płatów skroniowych a wynikami na skali towarzyskości (te ostatnie korelacje były dość silne). Jeśli wyniki uda się potwierdzić na większej populacji, będzie to oznaczać, iż ludzie z większymi płatami skroniowymi rzeczywiście są osobami towarzyskimi. Z racji tego, iż badanie ma charakter korelacyjny, wiemy jedynie co występuje z czym, nie wiemy jednak dlaczego. Być może to inne czynniki sprawiają, że ludzie ci są bardziej towarzyscy, dzięki czemu, ich mózgi, intensywniej przetwarzając informacje społeczne - niczym mięśnie - rosną większe. Możliwe jest jednak również wyjaśnienie zgodne z koncepcją Robina Dunbara. Ludzie o większych możliwościach w dziedzinie orientowania się w niuansach relacji międzyludzkich, częściej się ich podejmują, jako, że mogą sobie pozwolić na lepsze radzenie sobie z nimi.



Źródło:
Horváth, K., Martos, J., & Mihalik, B. (2011). Is the Social Brain Theory Applicable to Human Individual Differences? Evolutionary Psychology, 9 (2), 244-256

poniedziałek, 7 marca 2011

sawanno, ojczyzno moja

albo wszyscy jesteśmy Botswańczykami


ResearchBlogging.orgOrganizmy żywe stanowią rezultat milionów lat ewolucji, czyli ciągłego procesu skutkującego wzrastającym dostosowaniem do środowiska, w jakich przyszło im żyć. Dotyczy to tak oczywistych cech jak stosowna budowa anatomiczna związana z właściwym dla gatunku sposobem poruszania się, pokrycie skóry, ale także narządy zmysłów. To dzięki łuskom i śluzowi pokrywającemu ich ciała, płetwom i układowi szkieletowemu, skrzelom umożliwiającym wymianę gazową w środowisku wodnym czy wreszcie linii bocznej ryby czują się w wodzie przysłowiowo. Nie inaczej jest ze współczesnym człowiekiem rozumnym, nagą małpą w garniturze, przypuszczalnie dzieckiem afrykańskiej sawanny sprzed milionów lat. Nasze ciała, ukształtowane w palącym słońcu terenów dzisiejszej Botswany, okazują się być podobnie zaskakująco dobrze dostosowane to tamtejszych warunków, nieco gorzej zaś do współczesnego środowiska życia, czyli właściwie całej kuli ziemskiej, w przyszłości przypuszczalnie także przestrzeni kosmicznej. Widać to między innymi na przykładzie naszego narządu wzroku.

Pokaż mi swoje oczy, a opowiem ci o rzeczach, które widziały
Oczy, nasz narząd wzroku, w swej mocno skomplikowanej i nieintuicyjnej konstrukcji, składają się z wielu typów wysoce wyspecjalizowanych komórek ułożonych na siatkówce w wielowarstwową strukturę przez którą światło musi się przedrzeć, byśmy mogli w ogóle mówić o widzeniu. Jest wśród nich około 90 milionów pręcików, odpowiadających za widzenie nocne, spostrzeganie ruchu i reagujących głównie na światło rozproszone. Za widzenie barwne odpowiadają komórki światłoczułe zwane czopkami, występujące w trzech rodzajach, reagujących na fale świetlne z różnych zakresów długości - długiego, średniego i krótkiego, co interpretujemy jako kolory: czerwony, zielony i niebieski (to im odpowiada model RGB).

Budowa narządu wzroku odpowiada trybowi życia, sposobowi zdobywania pokarmu i ogółem środowisku w jakim dane zwierzę żyje. Stąd kocia zdolność do dobrego widzenia w ciemności, widzenie w zakresie promieni UV przez pszczoły czy niezwykłe właściwości oczu ryb głębinowych, pozwalające widzieć im w warunkach światła rozproszonego przez wodę. Nasz narząd wzroku, podobnie jak u goryli i szympansów, dzięki obecności takiego a nie innego zestawu komórek światłoczułych, umożliwia nam dość dobre rozróżnianie kolorów, przypuszczalnie w związku z obecnością owoców i innych części roślin w naszej diecie. Ilość czopków każdego rodzaju ("kolorów") u poszczególnych gatunków nie jest przypadkowa, i także w prosty sposób wynika ze środowiska w jakim żyją. Gasper Tkačik z University of Pennsylvania, fizyk, kierujący zespołem stojącym za artykułem, nazywa to hipotezą wydajnego kodowania (efficient coding hypothesis).

Czopki i pręciki (cieńsze).
Jeśli rozejrzeć się dookoła, nasz sposób widzenia nie wydaje się być kodowany zbyt efektywnie. Na zakodowanie wody i nieba, w dużej mierze składających się na nasz krajobraz, wystarczyć musi raptem 6% światłoczułych komórek, zdolnych do wykrywana koloru niebieskiego, w dodatku umieszczonych na peryferiach pola widzenia. Natomiast liczba czopków zielonych i czerwonych jest w dużym stopniu zróżnicowana międzyosobniczo (proporcje wahają się od 1:4 do 15:1, nie powodując przy tym pogorszenia widzenia barw).

Badacze postanowili poszukać rozwiązania problemu u źródła. Wybrali się do delty Okawango w Botswanie, w miejsce mające przypuszczalnie wiele wspólnego z kolebką rodzaju ludzkiego, wciąż zamieszkiwanym przez inne naczelne. Stworzyli dostępną w internecie bazę ponad 5000 fotografii dokumentujących środowisko naszej pradawnej ojczyzny. Zdjęcia przedstawiają typowe dla sawanny scenki rodzajowe z udziałem pawianów, ulubione dla człowieka krajobrazy otwartych przestrzeni z licznymi zadrzewieniami, spaloną słońcem ziemię, zieleń afrykańskiej roślinności, krajobrazy przy wodopojach czy wreszcie potencjalne źródła pokarmu. Pokrywa się to zresztą z wynikającymi z innych badań ludzkimi upodobnianiami do pewnych scenerii. Te same miejsca fotografowano przy różnym nasłonecznieniu i przy zastosowaniu różnych ustawień aparatu. Przy użyciu algorytmu modelującego działanie ludzkich czopków i szacującego ilość fotonów różnych długości fal wychwytywanych przez aparat fotograficzny (dzięki zastosowaniu widocznego na fotografiach wzorca barw), opracowali taką konfigurację czopków, która funkcjonowałaby w danym środowisku w sposób możliwie najbardziej wydajny.

Wyniki nie przyniosły zaskoczenia. Przewidywania wynikające z zastosowania algorytmu w dużej mierze pokrywały się z rzeczywistym rozkładem czopków w ludzkim oku. Nasze oczy kodują środowisko w jakim powstały w sposób maksymalnie efektywny. Niebieskie komórki światłoczułe wychwytują ze środowiska relatywnie mniejsze ilości fotonów, nie miałaby więc sensu większa ich ilość i umieszczanie ich w centrum pola widzenia, jako, że soczewkowy kształt ludzkiego oka wpływa tłumiąco na fale krótkie (ludzie posiadają również dodatkowy pigment tłumiący fale krótkie, chroniący oko przed promieniami UV). Jednocześnie, ilość informacji wychwytywanych z falami średnimi i długimi (zielone i czerwone) nie zależy od proporcji pomiędzy odpowiednimi komórkami światłoczułymi, nie ma więc potrzeby dokładnego regulowania ich liczby.

Dom jest tam, gdzie środowisko jest dopasowane chromatycznie. Osobiście mam
słabość do tego typu krajobrazów, co oczywiście nie powinno dziwić.
Widzenie trójbarwne ewoluowało przypuszczalnie w celu umożliwiania naszym przodkom odnajdywania dojrzałych owoców wśród roślinności (owoce pewnie pomogły, jako, że zależy im na rozsiewaniu nasion). Wrażliwość czopków naszego oka na konkretne długości fal wskazują także, iż najlepiej dostosowane są do pracy w warunkach przyćmionego światła, być może zmroku lub poranka. W ten sposób, jak to zwykle w naturze bywa, oko skonstruowane jest w optymalny sposób, przy jednoczesnym ograniczeniu zasobów. Bo każdy zasób energii zużyty na zbędne komórki światłoczułe to zasób, który mógł zostać użyty np. przy zdobywaniu partnera.

Świetnym pomysłem na badanie byłoby przyjrzenie się różnicom w proporcjach pomiędzy poszczególnymi rodzajami czopków u grup ludzi od dawien dawna zamieszkujących specyficzne środowiska - Innuitów, przedstawicieli ludu San, członków amazońskich plemion czy np. Berberów.


grafika:
oko - CC-BY-NC 2002ttorry
czopki i pręciki - Eye Design Book
sawanna - galeria stworzona przed badaczy, dostępna na licencji CC-BY-NC


źródło:
Garrigan P, Ratliff CP, Klein JM, Sterling P, Brainard DH, & Balasubramanian V (2010). Design of a trichromatic cone array. PLoS computational biology, 6 (2) PMID: 20168996

Artykuł dostępny jest w Open Access. CC-BYPLoS Computational Biology

sobota, 6 listopada 2010

Neandertalczycy mieli współzawodnictwo w małym palcu

czyli o wyssanych z palca wnioskach o skomplikowanych społecznych zachowaniach


ResearchBlogging.orgJak uzyskać informacje o trybie życia i stosunkach społecznych dawno wymarłych zwierząt? Zachowanie raczej rzadko utrwala się w postaci skamieniałości, co nastręcza wielu trudności paleontologom. Niejednokrotnie wiele informacji o stylu życia gatunku da się w zaskakujący sposób wyczytać z jego budowy anatomicznej. Na przykład rozmiar jąder naczelnych pozwala wnioskować o stopniu ich monogamiczności. Ale to nie jedyny pomiar, który odsłania najintymniejsze tajemnice życia społecznego naszych przodków i krewnych. Można im bowiem zmierzyć również na przykład palce.

Właśnie tak postąpili badacze z University of Oxford i University of Liverpool, mierząc palce wymarłych małp i hominidów a także anatomicznie współczesnych ludzi, co pozwoliło im na podjęcie próby rekonstrukcji systemów społecznych w jakich żyły poszczególne gatunki. Dlaczego właśnie palce? Jednym ze wskaźników monogamiczności gatunku jest niski dymorfizm płciowy - samce znacznie większe od samic z dużym prawdopodobieństwem oznaczają, iż istnieje presja selekcyjna preferująca dużych samców, co może oznaczać, iż są oni zmuszeni czynnie rywalizować o samice.

Jedną z cech dymorfizmu płciowego u naczelnych (w tym ludzi) jest stosunek długości palca wskazującego do serdecznego (ang. 2D:4D ratio). Nie od dziś znane są związki pomiędzy tym wskaźnikiem a poziomem ekspozycji na androgeny (męskie hormony płciowe, np. testosteron) w życiu płodowym. Niski wskaźnik (dłuższy palec serdeczny) jest więc typowy dla mężczyzn. Co ciekawe, znaleziono także korelacje pomiędzy tym wskaźnikiem a wieloma cechami psychicznymi, zachowania i zaburzeniami takimi np. jak *wiara w przesądy czy skłonność do współzawodnictwa.

Przeanalizowano skamieniałości paliczków wymarłych gatunków o dystyngowanych nazwach takich jak Pierolapithecus catalaunicus, Hispanopithecus laietanus, Ardipithecus ramidus,  Australopithecus afarensis, jak również Neandertalczyków i wczesnych ludzi anatomicznie zbliżonych do żyjących współcześnie. Okazało się, iż Neandertalczycy mieli znacząco niższe wskaźniki długości palców o ludzi współczesnych (ale zbliżone do ludzi ówczesnych), co oznacza ekspozycję na wyższe poziomy androgenów i pozwala przypuszczać, że ich życie było nieco bardziej burzliwe od naszego a monogamia mniej popularna. Co zresztą zgadza się z naszymi wyobrażeniami o życiu naszych przodków. Wyniki badania pozwalają także przypuszczać, iż australopiteki (przypuszczalnie nasi przodkowie) unikali raczej promiskuityzmu, choć jest to wciąż kontrowersyjne.

Rozwiąźli na lewo, cnotliwi na prawo. Oznaczenia: 2PP - proximal phalanx,
paliczek bliższy drugiego palca; (PB) - pair-bonding (łączący się w pary),
(NPB) - non-pair-bonding. © Royal Society Publishing.


grafika: cc icon grendelkhan


źródło:
Nelson E, Rolian C, Cashmore L, & Shultz S (2010). Digit ratios predict polygyny in early apes, Ardipithecus, Neanderthals and early modern humans but not in Australopithecus. Proceedings. Biological sciences / The Royal Society PMID: 21047863
Całość publikacji dostępna tutaj.

środa, 28 kwietnia 2010

było ich sześć miliardów, w każdym z nich inna krew

albo "Wszystko, poza wstęgą Möbiusa, ma swoją drugą stronę"


Mam przyjemność bycia częścią polskiej edycji projektu ResearchBlogging.org. Jest to agregator wpisów blogowych w przystępny sposób opisujących artykuły publikowane w czasopismach naukowych. Pozwala on otrzymywać najnowsze wieści z frontu tworzenia nauki z wybranej przez nas dziedziny, poprzez subskrypcję odpowiedniego kanału RSS. Jak nietrudno się domyśleć, mój wkład obejmie artykuły z dziedziny psychologii, zwłaszcza tej ewolucyjnej.

* * *

Jednym z brakujących kawałków naszego obrazu świata jest spójny i kompletny opis mechanizmów przekładających kod genetyczny na przebogatą zmienność ludzkich zachowań. W tej dziedzinie zaczynamy dopiero raczkować, choć chętnie się do tego wyrywamy. Mówiąc o odziedziczalności konkretnych cech podajemy niejednokrotnie duże przedziały (np. odziedziczalność postaw społecznych ocenia się na 0-65%). Z drugiej strony, wiemy już że geny odpowiadające za kodowanie receptorów tworzących układy dopaminergiczne i serotoninergiczne - odgrywające ogromną rolę w regulacji zachowania - występują w populacji w bardzo dużym zróżnicowaniu, co pozwala nam spoglądać w ich stronę z dużym zainteresowaniem.

Jedną z ważniejszych rzeczy, które zawdzięczamy psychologii ewolucyjnej jest pełne docenienie wagi faktu, iż człowiek także jest zwierzęciem i jako taki, powstał w wyniku procesów ewolucyjnych. Z faktu tego wynika, iż nasze mechanizmy psychologiczne i przejawiane tendencje zachowań, jako utrwalone, powinny mieć jakieś znaczenie adaptacyjne (oto podstawowy zarzut wobec EVO-PSYCH - wyjaśnianie post hoc). Stąd już tylko krok do zauważenia, że zróżnicowanie osobowości jakie obserwujemy wśród ludzi żyjących obecnie jest rezultatem warunków życia w epoce kamienia. Wiedza o ewolucji dość powoli znajduje jednak swoje zastosowanie w różnych dziedzinach psychologii. Jedną z takich dość opornych gałęzi wydaje się być psychologia osobowości.

Jedną z prób ewolucyjnego spojrzenia na to, jak bardzo się pomiędzy sobą różnimy jest dokonana przez D. Nettle'a analiza czynników wchodzących w skład pięcioczynnikowego modelu osobowości (znanego tez jako Wielka piątka) Costy i McCrae, pod kątem tego, jak różne ich wymiary mogą wpływać na poziom przystosowania danego osobnika. W5 jest jednym z bardziej uznawanych i szeroko akceptowanych podejść do ujmowania osobowości w ramy. Poszczególne czynniki, reprezentujące pewne kontinuum natężenia na którym znajdzie się miejsce dla każdego, to:
  • ekstrawersja - ilość relacji społecznych, zdolność do odczuwania pozytywnych emocji i zachowania eksploracyjne
  • neurotyczność - skłonność do przeżywania negatywnych emocji, odczuwania lęku i poczucia winy, podatność na stres psychologiczny
  • otwartość na doświadczenie - tolerancja na odmienność od tego, co już znane, pozytywne wartościowanie nowych doświadczeń
  • sumienność - zorganizowanie, samokontrola i wytrwałość w dążeniu do postawionych celów
  • ugodowość - skłonność do pójścia na współpracę, na przeciwnym biegunie jest konfliktowość.
Wydawałoby się, że optymalnym rozwiązaniem pod kątem życia w ludzkim społeczeństwie byłyby wysokie wyniki na skali ekstrawersji, sumienności, otwartości i ugodowości a niskie na skali neurotyczności. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa są wśród nas ludzie, którzy mają właśnie takie cechy, zdecydowana większość jednak zdecydowanie odbiega od tego modelu. Jednym z powodów jest to, że te z pozoru doskonale pozytywne wymiary osobowości mają swoje minusy a w pewnych sytuacjach okazałyby się wręcz niekorzystne.

Ludzie o wysokim natężeniu czynnika ekstrawersji w osobowości z reguły mają więcej partnerów seksualnych. Zwłaszcza dla mężczyzn może być to wysoko punktowane pod kątem fitness. Jednocześnie, chętniej i intensywniej angażują się w relacje społeczne, co na ogół koreluje z dobrym samopoczuciem i pozwala im liczyć na wsparcie ze strony innych. Są także aktywniejsi fizycznie i odważniejsi w eksploracji otoczenia, dzięki czemu chętniej wyruszają z domu na polowanie.

Z drugiej strony jednak, częstsze kontakty seksualne wiążą się z ryzykiem złapania patogenów czy też agresji ze strony rywali. Większa aktywność skutkuje tym, że ludzie o wysokim natężeniu czynnika ekstrawersji stanowią większość hospitalizowanych w wyniku wypadków. Częściej angażują się oni także w działalność przestępczą lub przejawiają zachowania aspołeczne - w życiu naszych przodków mogło to skutkować osieroceniem potomstwa, co trudno nazwać przystosowawczym.

Wysoki poziom neurotyczności bywa powiązany z wysokim ryzykiem chorób psychicznych. Na pierwszy rzut oka trudno znaleźć przystosowawczość wysokiej neurotyczności. Tym niemniej łatwo wyobrazić sobie, iż podwyższona czujność i uwaga skupiona na lokalizowaniu zagrożenia powoduje przyśpieszoną *reakcję na bodźce zagrażające a także zwiększa prawdopodobieństwo interpretacji bodźców dwuznacznych jako zagrażające i skupianie na nich uwagi. Innymi słowy, zwracanie uwagi na ciemną stronę życia jest rodzajem asekuranctwa i minimalizacji ryzyka. Stara ewolucyjna mądrość głosi, iż (do któregoś momentu) lepiej jest niepotrzebnie uciekać przed szeleszczącą kupą liści, niż raz niefortunnie nie umknąć przed wężem. I rzeczywiście, alpiniści (grupa o wyższej niż przeciętna śmiertelności) cechują się niższą neurotycznością niż populacja a z kolei sukces w studiowaniu silnie koreluje z wyższym niż przeciętny neurotyzmem (jednakże tu konieczne są także inne cechy, np. wytrwałość), co oznacza, iż może on być przekuty na dążenia do osiągnięcia własnych celów (a mężczyźni odnoszący sukces są, jak wiadomo szczególnie atrakcyjni).

Neurotyzm i ciągłe napięcie w którym utrzymywany jest organizm, wiąże się oczywiście z wysokim poziomem stresu, który jest niekorzystny dla organizmu i obciąża układ immunologiczny. Wysoki poziom lęku może również powodować wycofywanie się z aktywności, które mogłyby przyczyniać się do maksymalizacji sukcesu reprodukcyjnego (np. unikanie kontatków społecznych).

Otwartość na doświadczenie koreluje pozytywnie z kreatywnością. Niektóre z ujęć źródeł ludzkiej twórczości upatrując w fakcie, iż jest ona szczególnie atrakcyjna dla partnerów (w wypadku kobiet zwłaszcza w płodnej fazie cyklu miesięcznego) i jako taka zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu reprodukcyjnego (artyści mają więcej partnerów seksualnych). Nie od dziś wiadomo, że mając gitarę w akademiku, warto zacząć na niej grać już pierwszego dnia pobytu.

Z drugiej strony jednak, specyfiką otwartości na doświadczenie wydaje się specyficzny styl poznawczy polegający na poszukiwaniu nowości i dokonywaniu zaskakujących dla przeciętnego człowieka skojarzeń pomiędzy pozornie odległymi od siebie rzeczami. Podobne mechanizmy obserwuje się w wypadku niektórych zaburzeń psychicznych z rodzaju schizotypii i psychoz, przejawiających się niekiedy m.in. dziwnymi przekonaniami i zachowaniami, myśleniem magicznym i doświadczeniami paranormalnymi a także wypowiadaniem się w sposób metaforyczny lub szczególnie kunsztowny. Ludzie szczególnie kreatywni pod pewnymi istotnymi względami nie różnią się np. od schizofreników, jednakże mieli więcej szczęścia (co oznacza geny & wychowanie), by nie zostać dotkniętymi innymi, bardziej negatywnymi skutkami.

Wysoki wynik na skali sumienności ma zauważalne na pierwszy rzut oka korzyści (jest jednym z podstawowych czynników osobowościowych determinujących sukces zawodowy i edukacyjny), jednakże nie społeczny odbiór danej cechy decyduje o jej przydatności w kontekście fitness. Ludzie w wysokim stopniu sumienni koncentrują się na osiąganiu celów długofalowych i skrupulatnej realizacji swoich zamierzeń. W rezultacie żyją dłużej, np. przez unikanie niezdrowych zachowań w różnych postaciach.

Z drugiej strony jednak, towarzyszące sumienności cechy takie jak moralny pryncypializm, rygorystyczność, skrupulatność, perfekcjonizm i wysoka samokontrola mogą prowadzić do zachowań dezorganizujących życie a w wysokim natężeniu prowadzą do zachowań obsesyjno-kompulsywnych, jak również pojawiają się u pacjentów z zaburzeniami odżywiania. Rygorystyczność i niechęć do zbaczania z obranego szlaku może przyczyniać się także do utraconych *sposobności do zwiększenia swojej fitness, np. przez skok w bok, podczas gdy życie naszych przodków było, jak się wydaje, znacznie mniej przewidywalne niż nasze a miłość w czasach epoki kamienia miewała różne oblicza.

Wysoki poziom ugodowości wydaje się sprawdzać w środowisku ludzi. Koreluje z dużą zdolnością do empatii, zdolnością do odczytywaniu stanów emocjonalnych innych przedstawicieli gatunku, która bardzo pomaga w odnalezieniu się w świecie ludzkich spraw. Ludzkie zdolności do kooperacji są bezprecedensowe w świecie ssaków i prawdopodobnie im zawdzięczamy możliwość pisania blogów przy pomocy komputerów i infrastruktury internetu. Duże znaczenie w świecie wielu małp ma umiejętność wchodzenia w sojusze i koalicje, w czym człowiek celuje a czemu sprzyja ugodowość. Ludzie o wysokim wyniku na tej skali uważani są za dobrych przyjaciół i cenieni są jako partnerzy, ich relacje są na ogół bardziej harmonijne, są oni bowiem mniej napastliwi i przejawiają mniej zachowań agresywnych.

Bezwarunkowy altruizm nie jest jednak *strategią ewolucyjnie stabilną - bardzo łatwo o oszustów gotowych skorzystać z okazji uzyskania czegoś nikłym nakładem kosztów. Zbyt ufni osobnicy nie mają na ogół dużych szans na przekazanie tej cechy potomstwu, gdy w znacznym stopniu obniżają swoje przystosowanie. Zbytnia koncentracja na potrzebach innych ludzi powoduje zaniedbywanie własnych a tego dobór naturalny nie toleruje na dłuższą metę. Nawet altruizm musi się opłacać - tak jak w wypadku ludzi. Pośród współczesnych menedżerów nie ma wielu osób o wysokiej ugodowości, przypuszczalnie nie ułatwia ona uzyskania wysokiego statusu (a wszyscy wiemy z czym wysoki status się wiąże, zob. też: potomkowie Czyngis-Chana). Warto zauważyć, że w pewnych sytuacjach (np. większych społeczności o niskiej spójności) osobnik o skrajnie niskiej ugodowości - socjopata lub po prostu egoista-pasożyt zdecydowanie powiększa swoje korzyści kosztem innych, dzięki czemu cecha ta staje się korzystna.

 * * *

Podsumowując, zróżnicowanie ludzkich osobowości najprawdopodobniej ma swoje źródło w różnorodności - najwyraźniej skutecznych - sposobów na przetrwanie, jakie prezentowali nasi przodkowie. Potwierdza się powszechne przeświadczenie, iż to, co wydaje się być wadą lub zaletą, w pewnych sytuacjach może okazać się czymś przeciwnym.


ResearchBlogging.orgŹródło:
Nettle, D. (2006). The evolution of personality variation in humans and other animals. American Psychologist, 61 (6), 622-631 DOI: 10.1037/0003-066X.61.6.622

wtorek, 3 listopada 2009

mit rodzicielskiego wychowania

[...] para identycznych bliźniaczek rozdzielonych w niemowlęctwie; wychowały się w różnych rodzinach adopcyjnych. Jedna zostałą[sic] pianistką, na tyle utalentowaną, że jest solistką orkiestry Filharmonii Minnesoty. Druga nie jest w stanie zagrać ani jednej nuty.
Ponieważ obie kobiety mają te same geny, tak odmienny stosunek do muzyki musiał być spowodowany odmiennym środowiskiem. I rzeczywiście, jedna z adopcyjnych matek była nauczycielką muzyki i dawała w domu lekcje gry na pianinie. Rodzice, którzy zaadoptowali drugą bliźniaczkę, w ogóle nie byli muzykalni.
Tyle tylko, że ta z bliźniaczek, która zrobiła karierę jako pianistka, została wychowana w niemuzykalnej rodzinie, a ta, która słyszała codziennie w domu grę na pianinie, nie potrafi do tej pory zagrać niczego.
nieadekwatny tytuł wydania polskiego: Geny czy wychowanie?, tytuł oryg.: The Nurtre Assumption, str. 346,
miej na uwadze, że to co przeczytałeś to dowód anegdotyczny, który sam w sobie nie dowodzi niczego


Poznaj Judith Rich Harris. Kobietę, która w 1995 roku wstrząsnęła amerykańską psychologią (do Polski wstrząsy wtórne dotarły w stopniu dość niewielkim).

Wykształcenie zdobywała na ogół z wyróżnieniem, w 1960 roku została jednak wydalona ze studiów doktoranckich na Harvard University za oryginalność i niezależność. Utrzymywała się m.in. pisząc podręczniki psychologii rozwojowej w których powielała dominującą po dziś dzień teorię głoszącą, iż rodzice bezpośrednio wychowują swoje dzieci na ludzi, którymi te się stają. Jaką teorię?!, zapytasz pewnie. To przecież oczywiste! Otóż okazuje się, że nie. Harris dostrzegła pewne niejasności w obowiązujących teoriach i w rezultacie przyjrzała się wynikom badań na których opiera się przeświadczenie naukowców (tak, naukowcy na wszystko muszą mieć badania). Znalazła ich przede wszystkim mniej, niż można by się spodziewać, jak również znalazła w nich wiele błędów metodologicznych - badacze nie zwracali uwagi na istotne kwestie, które prawdopodobnie przekłamywały wynik badania. Logiczny wniosek był tylko jeden - badania naukowe nie potwierdzają wpływu wychowania rodzicielskiego na dziecko, czemu przytakiwali nawet niektórzy psychologowie rozwoju, z tym zastrzeżeniem, że ich zdaniem oznacza to, iż trzeba po prostu szukać bardziej.

Co zdaniem Harris wpłynęło więc na to kim się staliśmy? Nasi rówieśnicy i naśladowanie ich + geny. Nasze zachowania społeczne kształtują się w pierwszej grupie społecznej z prawdziwego zdarzenia w której uczestniczymy - pośród rówieśników z którymi spędzamy czas na zabawie. To tam ustalamy naszą pozycję w stadzie plemieniu grupie i tam uczymy się jak powinniśmy zachowywać się, aby spotkać się z akceptacją (*było). Środowisko domu nie jest naturalnym środowiskiem w którym spędzamy większość życia - wzorce których nabywamy tam, aby móc skutecznie funkcjonować w środowisku bieżącej rodziny, przestają nas obowiązywać w momencie, gdy przekraczamy próg domu (a w domu Jaś jest taki grzeczny!). Najlepszym przykładem jest nabywanie języka - dzieci imigrantów uczą się akcentu (i słownictwa) którym posługują się nie ich rodzice a rówieśnicy.
Harris zasugerowała także, że np. przekazywaną z pokolenia na pokolenie dysfunkcjonalność rodzin można wytłumaczyć genetyczną odziedziczalnością zachowania. Jeśli skontrolować wpływ genów - okazuje się, iż wpływ wychowania rodzicielskiego nie istnieje. Zwróciła także uwagę na prosty (statystycznie potwierdzony) fakt, iż dzieci wychowane bez rodziców (np. w sierocińcu) potrafią normalnie funkcjonować w społeczeństwie, jeśli pozwolić im na normalne funkcjonowanie w grupie rówieśniczej.

Harris opublikowała stosowny artykuł i wywołała shitstorm. Zarzucano jej wszystko (może poza pedofilią) z nieodpowiedzialnością włącznie. Tym niemniej, nikt nie był w stanie zaprzeczyć jej tezom w sposób naukowy. Za pracę naukową nad tą teorią Harris otrzymała zaś wyróżnienie Nadzwyczajnego Artykułu Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychologicznego. Krótko potem ukazała się jej - napisana lekkim piórem i ze swadą, pełna inteligentnego humoru - najbardziej znana książka której fragment miałeś okazję dziś przeczytać. Gorąco polecam Ci całość.

Badaczka wielokrotnie podkreślała, iż nie oznacza to, że rodzice mogą znęcać się nad swoimi dziećmi i maltretować je wedle uznania. Poza oczywistymi powodami - pewne rany pozostają. Z drugiej strony, na prawidłowe wychowanie zwracamy uwagę od stosunkowo niedawna i (i) nic nie wskazuje na to, abyśmy byli dzięki temu szczęśliwsi a (ii) tysiące pokoleń naszej historii (i większość kultur obecnie - jeśli liczyć kultury a nie należących do nich ludzi) nigdy nie czytały dr Spocka czy Doroty Zawadzkiej. I mimo tego istniejemy.

Dwie konkluzje:

Gdyby rodzicielstwo było ciężką pracą, to myślicie, że szympansy by się do tego zabierały, i to z widoczną ochotą? Rodzice zostali zaprogramowani tak, by cieszyli się ze swojego rodzicielstwa. Jeśli się nie cieszą, prawdopodobnie za ciężko pracują.
[...]
Nie wińcie swoich rodziców za wszystko co wam się w życiu nie udało, za każdą cechę, której wolelibyście nie mieć.

PS. Nie, jedynaki wcale nie nie różnią się istotnie od dzieci mających rodzeństwo, pierworodni nie są szczególnymi osobowościami a DDA i DDRR to mit (jeśli wierzyć badaniom, które przytacza Harris).