Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzeci szympans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzeci szympans. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2016

W ekosystemie ludzkich emocji

Artykuł ukazał się pierwotnie w Miesięczniku Dzikie Życie nr 3(261)/2016

Gdy przejrzymy popularne książki psychologiczne w poszukiwaniu porad mających poprawić jakość naszego życia, z reguły natkniemy się wnich na wskazówki dotyczące funkcjonowania emocjonalnego. Krótko mówiąc - tego, jak przeżywamy i odbieramy nasze emocje. Trudno się zresztą temu dziwić, życie codzienne pełne jest emocji. W jednym z niedawnych badań, obejmującym swoim zasięgiem 11 000 osób, uczestnicy deklarowali, iż doświadczają jakiejkolwiek emocji przez 90% czasu. Emocje stanowią swego rodzaju kompas wspomagający nasze funkcjonowanie. Strach pozwala nam unikać zagrożenia, radość przeżywana z innymi spaja więzi międzyludzkie, wstręt powstrzymuje nas przed rzeczami, które mogą być dla nas niezdrowe. Życie bez emocji byłoby bardzo trudne.

Próby wyjaśniania różnic w satysfakcji z życia różnicami w przeżywaniu emocji mają w psychologii długie tradycje. Obiegowe opinie na ten temat głoszą, iż dobrze jest unikać zmartwień i cieszyć się życiem na tyle, na ile jest to możliwe. Innymi słowy, mielibyśmy dążyć do tego, żeby eliminować to, co „złe” i zwiększać to, co naszym zdaniem „pożyteczne”. Podobna sytuacja ma miejsce na polach uprawnych. Dąży się w nich do eliminowania chwastów i maksymalizacji występowania pożądanych gatunków, tworząc w ten sposób monkultury. Wiadomo jednak, iż takie ekosystemy są bardzo podatne na zmiany warunków środowiska, na przykład inwazje szkodników. Czy podobnie może być z ludzkimi emocjami? To całkiem możliwe. Najnowsze koncepcje w psychologii emocji czerpią bowiem bezpośrednio z wiedzy o prawidłowym funkcjonowaniu ekosystemów.

Najważniejszych rzeczy w życiu nauczyła mnie ulica.

Emocjonalne chwasty


Początkowo psychologia skupiała się na znaczeniu emocji negatywnych, przede wszystkim na ich szkodliwym wpływie na dobrostan i zdrowie. Przeżycia takie jak gniew, smutek, frustracja, zazdrość – i radzenie sobie z nimi – stanowiły główny obiekt zainteresowania psychologów, między innymi dzięki pracom Zygmunta Freuda. W swoich koncepcjach człowieka kładł on duży nacisk na ciemne aspekty ludzkiej natury. Również w wiedzy potocznej dość powszechne jest przekonanie, że wpływ stresu na zdrowie i jakość życia jest negatywny. Liczne badania skupiały się na zdolności do radzenia sobie z negatywnymi emocjami i jej związkach z dobrostanem człowieka. Uzyskiwane wyniki pokazały np., że sposób, w jaki odbieramy negatywne zdarzenia w naszym życiu, wpływa na ich skutki zdrowotne. Jeśli dane zdarzenie odbieramy jako bardziej negatywne, tym mocniej odbija się ono na funkcjonowaniu naszego układu krwionośnego.

Choć często przywoływane wrzody okazały się być raczej infekcją bakteryjną niż wynikiem stresu, to jednak dobrze zbadano wpływ stresu na działanie układu odpornościowego. Z kolei to, jak długo rozmyślamy nad negatywnymi wydarzeniami, ma ogólny wpływ na poczucie dobrostanu, co nie powinno nikogo zaskakwiać. Niedawne badania, w których uczestnicy za pomocą aplikacji w swoich telefonach odpowiadali na pytania dotyczące nastroju i tego, o czym w danej chwili myśleli, pokazały, że najlepszy nastrój mają ci, którzy skupiają się na uwielbianym przez mistyków tu i teraz. Autorzy badania spekulują, że można to tłumaczyć tym, iż myśli o przeszłości i przyszłości nierzadko związane są z rozpamiętywaniem minionych przykrości lub zamartwianiem się o przyszłość. Innymi słowy, odpływanie myślami od teraźniejszości (ciężkie rozkminy) ma negatywny wpływ na nasz nastrój.

CC BY-SA 3.0, Sasata

Emocje pożyteczne dla człowieka


Dość szybko stało się jednak jasne, że mała ilość negatywnych emocji i brak zaburzeń psychicznych nie są tożsame z dobrym życiem. Brak negatywnych emocji to nie to samo, co obfitość emocji pozytywnych. Mówienie o tym, że są one swoim przeciwieństwem, jest zbytnim uproszczeniem. Naturalnym kolejnym krokiem było więc zwrócenie uwagi psychologów na pozytywne aspekty naszego funkcjonowania. Odejście od opierania psychologii wyłącznie na studiowaniu przejawów patologii postulowali już przedstawiciele psychologii humanistycznej. Należeli do nich m.in. Carl Rogers, jeden z ojców psychoterapii, oraz Abraham Maslow, twórca powszechnie znanej teorii motywacji. Prawdziwy przełom nadszedł jednak wtedy, gdy przewodniczącym Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego został Martin Seligman. Jako motyw przewodni swojej kadencji wybrał psychologię pozytywną, czyli zwrot badawczy w stronę przejawów zdrowego funkcjonowania ludzi.

Od tego momentu większą wagę zaczęto zwracać uwagę na to, czego o ludzkiej naturze możemy nauczyć się od ludzi szczęśliwych. Takich osób jest zresztą niemało. Przeprowadzane na całym świecie badania pokazały, że większość ludzi jest ogólnie rzecz biorąc szczęśliwa. Co więcej, okazało się, że większość ludzi przez większość czasu doświadcza raczej pozytywnych emocji. W przywoływanym na początku badaniu okazało się, że najczęściej przeżywaną emocją jest radość. Drugie miejsce zajmowało uczucie miłości, dopiero na trzecim miejscu pojawił się niepokój. Badani donosili również o tym, że większość wydarzeń ich codziennego dnia nie ma charakteru negatywnego. Szacuje się, że emocji pozytywnych jest w życiu przeciętnego człowieka 2,5-3 razy więcej. Zbadano również wpływ pozytywnych emocji na zdrowie. Uzyskane wyniki wskazują na to, że pomagają one zmniejszać niekorzystne skutki zdrowotne negatywnych wydarzeń życiowych. Dziś nikt nie kwestionuje już ich znaczenia.

Czy więc pozytywne emocje w dużej ilości (a negatywne w małej) są kluczem do szczęścia i zdrowia? Sprawa nie jest taka prosta, jak mogłoby się wydawać. Wielu z nas miało okazję zauważyć, że radość z nowych rzeczy szybko blednie. Zjawisko to nosi w psychologii nazwę adaptacji hedonistycznej. Sprawia ona, że wraz z upływem czasu pozytywne doznania tracą swój blask. Przebadane przez psychologów osoby, które wygrały na loterii wysokie sumy (niektórzy z nich z dnia na dzień stali się milionerami) początkowo deklarują bardzo wysoki poziom zadowolenia z życia, po jakimś czasie jednak ich wyniki przestają odbiegać od wyników zwykłych ludzi. Co ciekawe, efekt ten dotyczy również osób, które w wyniku wypadków zostały sparaliżowane – od pasa w dół lub w całości. W miarę upływu czasu ich wyniki również stopniowo zbliżają się do wyników przeciętnego człowieka. Dlaczego tak się dzieje? Przede wszystkim dlatego, że przyzwyczajamy się do swojego losu, dobrego i złego. Podobnie jak przestajemy zauważać zapach swojego ciała i szum wentylatora, zaczynamy pomijać rzeczy, które niegdyś nas cieszyły lub martwiły. Co jednak równie ważne – obecną sytuację oceniamy z innego punktu widzenia niż wcześniejszą. Innymi słowy, im więcej mamy, tym wyraźniej widzimy, ile jeszcze nie mamy.

grafika w domenie publicznej - Gullieme Duchenne
stymulujący elektrycznie mięśnie mimiczne swoich
ochotników

Emocjonalne endemity


Kolejnym krokiem na drodze do coraz lepszego rozumienia związków między emocjami a zdrowiem było pojęcie emocji mieszanych. Oznacza ono oświadczanie emocji pozytywnych towarzyszących negatywnym – i na odwrót. Nietrudno zauważyć, że jeśli chodzi o emocje, duża część zdarzeń w życiu jest co najmniej niejednoznaczna. Pierwszy dzień w szkole naszego dziecka jest źródłem dumy, ale i obaw o to, jak odnajdzie się ono w nowym otoczeniu. Podobnie niejednoznaczna może być niesatysfakcjonująca nagroda w konkursie (np. trzeci egzemplarz Krzyżaków). Wykazano również, że próby odcinania się od emocji negatywnych mogą iść w parze z większą zapadalnością na niektóre choroby. Zaobserwowano, że na przestrzeni danego odcinka czasu zdrowsi okazują się ci ludzie, którzy opisują swoje życie emocjonalne nie tylko w czerni i bieli.

Co ciekawe, doświadczanie emocji mieszanych deklarują częściej osoby wywodzące się z kultur azjatyckich niż na przykład Amerykanie. Dzięki prowadzonym na całym świecie badaniom Paula Eckmana wiemy, że gama podstawowych emocji jest w dużej mierze uniwersalna. Przykładowo, mieszkańcy Papui-Nowej Gwinei rozpoznają na zdjęciach Europejczyków te same emocje (gniew, wstręt, radość, smutek i zaskoczenie, w mniejszym stopniu również pogardę). Jednak w wielu kulturach zauważono fakt, iż życie emocjonalne posiada wiele odcieni. W językach całego świata istnieje nieprzebrane bogactwo określeń na najdrobniejsze nawet emocje, często nie mające swoich odpowiedników w innych. Czasami można odnieść wrażenie, że brakuje nam tych słów. Duńskie słowo hygge oznacza na przykład uczucie „przytulności”, doświadczenia domowego komfortu. W wielu przypadkach są to emocje łączące w sobie elementy kilku innych. Przykładem może być japońskie setsunai, uczucie zawierające w sobie smutek, ból i gorycz. Nasze uczucia często zawierają w sobie przecież pewną sprzeczność. Przykładem może być niemieckie słowo Hassliebe, określające jednoczesne żywienie względem czegoś miłości i nienawiści. Nie ulega wątpliwości, że pełne zrozumienie związków między emocjami a zdrowiem wymaga uwzględnienia bogactwa i różnorodności naszego życia emocjonalnego.


CC BY-SA 3.0, Luc Viatour

Zdrowy ekosystem emocjonalny


Pewną syntezą wiedzy o zależnościach między bogactwem życia emocjonalnego a zdrowiem jest koncepcja różnorodności emocjonalnej (w skrócie „emoróżnorodności”, ang. emodiversity). Opisana została ona w pracy „Różnorodność emocjonalna i ekosystem emocji” Jordiego Quiodbacha i jego współpracowników. Autorzy koncepcji nie ukrywają, że inspirację zaczerpnęli z koncepcji różnorodności biologicznej. Co więcej, do pomiaru bogactwa różnorodności emocjonalnej posłużyli się metodami zapożyczonymi od biologów, którzy stosują je do pomiaru bioróżnorodności. Badania z zakresu ekologii wskazują, że większe zróżnicowanie gatunków wchodzących w skład danego ekosystemu wskazuje na jego większą odporność na zmiany i zdolność do adaptacji do nowych warunków. Ekosystem ludzkich emocji miałby funkcjonować podobnie. Podstawą do sformułowania tej teorii było badanie przeprowadzone w 2014 roku na dużej grupie mieszkańców Belgii i Francji. Aż 37 000 osób odpowiedziało na pytania dotyczące tego, jak bardzo bogate i zróżnicowane jest ich życie emocjonalne. Wskaźniki odzwierciedlające stopień różnorodności emocjonalnej tych osób zostały następnie zestawione z danymi medycznymi i wskaźnikami zdrowia psychicznego, takimi jak nasilenie objawów depresji.

Badacze wykorzystali do tego wykorzystywany w ekologii (jako nauce o zależnościach pomiędzy organizmami) wskaźnik Shannona-Wienera. Uwzględnia on m.in. liczbę gatunków występujących na danym obszarze. Bierze pod uwagę również ich wzajemne proporcje, to znaczy to, jak równo rozkładają się w ogóle osobników. Po jego dostosowaniu na potrzeby badania, posłużył on do określenia zróżnicowania emocji przeżywanych przez daną osobę, uwzględniając również proporcje pomiędzy nasileniem poszczególnych emocji. Okazało się, że osoby o wyższej emoróżnorodności, czyli takie, w życiu których było więcej emocji o względnie podobnym nasileniu (żadna z nich nie dominowała nad resztą), cieszyły się lepszym zdrowiem zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Mniej czasu spędziły w szpitalu, rzadziej korzystały z pomocy medycznej, zażywały mniej leków i zdrowiej się odżywiały. Co najważniejsze, bogactwo życia emocjonalnego badanych okazało się ważniejsze, niż obfitość emocji pozytywnych lub mała ilość emocji negatywnych. Reasumując, osoby w życiu których współwystępowały zróżnicowane emocje pozytywne i negatywne, cieszyły się lepszym zdrowiem. 

Bogatsze życie emocjonalne prawdopodobnie przekłada się na większą elastyczność w zetknięciu ze zmianami w otoczeniu. Większy repertuar przeżywanych emocji – większa różnorodność emocjonalna – daje większe możliwości reagowania na różne sytuacje, z jakimi spotykamy się w otoczeniu. Zamiast reagować wyłącznie frustracją, jesteśmy w stanie zróżnicować nasze reakcje w zależności od problemu. Różne stopnie przeżywanej radości (np. ekstaza, zadowolenie, przyjemność) mogą umożliwiać cieszenie się zarówno małymi, jak i dużymi wydarzeniami. Podobnie jak w przypadku ekosystemów przyrodniczych, ludzkie życie emocjonalne potrzebuje różnorodności. Czy można jej nabyć, na przykład w wyniku treningu? W ramach badań prowadzonych w Laboratorium Psychofizjologii Zdrowia będziemy poszukiwali odpowiedzi między innymi na to pytanie.

Literatura:
Grossmann, I., Huynh, A. C., & Ellsworth, P. C. (2015). Emotional Complexity: Clarifying Definitions and Cultural Correlates. Journal of personality and social psychology PMID: 26692354
Quoidbach, J., Gruber, J., Mikolajczak, M., Kogan, A., Kotsou, I., & Norton, M.I. (2014). Emodiversity and the emotional ecosystem. Journal of experimental psychology. General, 143 (6), 2057-66 PMID: 25285428
Trampe, D., Quoidbach, J., & Taquet, M. (2015). Emotions in Everyday Life PLOS ONE, 10 (12) DOI: 10.1371/journal.pone.0145450

czwartek, 21 lipca 2016

O powstawaniu legend miejskich drogą doboru naturalnego

Muszę wam to powiedziec bo nie daje mi to spokoju. Mama mi dzis powiedziala ze rozmawiala ze swoją kuzynką ktorej kolezanka idąc po piotrkowskiej zobaczyla leżący portwel. Podniosla go podbiegla do kolesia przed nim zapytala sie czy to nie jego on zacząl szukac okazalo sie ze zguba nalezy do niego. Bardzo ladnie jej podziekowal byl lekko "ciapaty" mowil lamanym polskim jak aie od niego odwracała to złapał ją za ręke i powiedział żeby w dni młodzieży nie wchodziła do supermarketów :O :O jak to uslyszalam to zamarlam. Myslicze, ze jaja sobie robil patrzrzac na to co sie obecnie dzieje? Ja wiem jedno chyba do supermarketu nie wejde przez te trzy dni :( 
Marlena, na grupie fejsbukowej Mamy z Łodzi, za fanpejdżem Pomruk, pisownia oryginalna

7/26


Może już przewinęła się przez Wasze fejsbukowe feedy owa historyjka i też zastanawiacie się czy ów człowiek robił sobie jaja właśnie wtedy, kiedy patrzył na to, co się dzieje. Zdążyłem już usłyszeć analogiczną historię dziejącą się w samym Krakowie co zresztą wydaje się bardziej logiczne. Znajoma mi osoba usłyszała ją od swojej kuzynki która usłyszała ją od bliżej nieokreślonej znajomej. Doskonale wpisuję się ona we wzbierającą w Polsce falę przejawów rasizmu motywowanych między innymi strachem (by wspomnieć tylko zachowanie pracowników Wizzair). Historyjka o pomocnym terroryście in spe to oczywiście jedna z prototypowych miejskich legend od dawien dawna krążących w zmienionych wersjach po całym świecie. Jest tak prototypowa że jej adres URL na Snopes, popularnej stronie demaskującej miejskie legendy i internetowe oszustwa, ma tylko siedem znaków.

Filip Graliński, autor znakomitej Znikającej nerki nazywa tę historię "uprzejmym terrorystą" i podaje liczne jej warianty znane w Polsce. W czasach, kiedy dzieci w polskich szkołach nie stosowały określenia uchodźca jako obelgi, ze swoimi portfelami nieostrożnie obchodzili się np. Czeczeni. W niektórych wersjach kobieta odnosi portfel do domu właściciela. Ostrzeżenie nie zawsze dotyczy odwiedzania określonego miejsca (w domyśle: celu zamachu), czasem przestrzega np. przed piciem coca coli po określonym dniu (co jest radą skądinąd słuszną, niezależnie od daty). Legendę można znaleźć niemal w każdej publikacji poświęconych zagadnieniu - Mark Barber w Legendach miejskich opisuje ją pod hasłem "Ostrzeżenie dla Birmingham".


Historie te nasilają się rzecz jasna wtedy, kiedy temat zamachów terrorystycznych jest obecny w powszechnej świadomości. Tak było w wypadku zamachów na WTC (wiele osób opowiadało wówczas o znajomych znajomych którzy dzień wcześnie zamienili portfel na ostrzeżenie przed odwiedzaniem Twin Towers) czy zamachów w Madrycie w marcu 2005 (pierwszy polski wzrost zainteresowania legendą przypadł na kwieceń tego roku - roztargnieni terroryści mieli nas atakować w długi weekend). W roku 2000 po Wielkiej Brytanii krążyła historia w której człowiek mówiący z irlandzkim akcentem przestrzega przed korzystaniem z centrów handlowych.

Światowe Dni Młodzieży i kryzys imigracyjny dotykający Europy dostarczyły tym samym doskonałej okazji żeby przypomnieć badanie z 2001 roku mogące wyjaśnić popularność takich opowieści. Chip Heath, Chris Bell i Emily Sternberg postanowili dokonać w nim inżynierii odwrotnej miejskiej legendy. Opierając się na zaproponowanych przez Richarda Dawkinsa złożeniach memetyki, traktującej idee jako podlegające doborowi analogicznemu do doboru naturalnemu postanowili sprawdzić jakie memy radzą sobie najlepiej w swoim naturalnym środowisku. Innymi słowy, jakie historie najchętniej powtarzamy innym ludziom.


O powstawaniu legend miejskich drogą kulturowego doboru czyli o utrzymywaniu się doskonalszych opowieści w walce o byt



ResearchBlogging.orgKiedy poszczególne memy rywalizują o naszą uwagę i miejsce w naszych mózgach (lub innych nośnikach memów, np. Internecie), wygrywają te, które są do nich najlepiej przystosowane. Badacze założyli, że mamy największą skłonność do przekazywania dalej opowieści niosących ze sobą silne emocje, np. wstręt czy strach. Człowiek jest bowiem zwierzęciem społecznym a emocje stanowią dla niego ważne źródło informacji. Jeśli coś wzbudza silne emocje, musi być ważne i warto podzielić się tym z innymi. Żeby to zweryfikować, badacze sprawdzili które z już istniejących miejskich legend będą najchętniej powielane. W tym celu poprosili badanych o ocenę setki takich opowieści pod kątem tego jakie wzbudzają emocje, na ile niosą ze sobą istotne informacje i na ile są prawdopodobne. Okazało się, że za warte opowiedzenia komuś badani uznali opowieści szczególnie zaskakujące, obrzydliwe ale i prawdopodobne. Co ciekawe, sama ich wartość informacyjna nie była aż tak istotna. Nie jest to jednak aż tak zaskakujące, biorąc pod uwagę, że rzadko bezpośrednio uświadamiamy sobie ładunek informacyjny jaki niosą ze sobą emocje (na ogół po prostu nie jesteśmy w stanie spojrzeć na jedzenie, którym kiedyś się zatruliśmy).

Ekspresja wstrętu na ilustracjach z O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt (K. Darwin, 1872) i w filmie W głowie się nie mieści (Walt Disney Pictures, 2015). Marszczenie nosa, uniesienie górnej wargi, wypchnięcie języka. Postawa ciała wyraża motywację do unikania.

Następnie, badacze wybrali z tego zbioru historię szczególnie wzbudzające obrzydzenie. Na pewno wiecie o które opowieści chodzi. Do tej kategorii zalicza się większość kultowych miejskich legend (to jest moment w którym piszecie w komentarzach - ale zaraz, to nie jest miejska legenda, to się naprawdę zdarzyło w moim mieście!). To wszystkie te opowieści o zanieczyszczeniu jedzenia (np. środki przeciwwymiotne w hamburgerze), naruszeniu tabu seksualnego (opryszczka otrzymana od chłopaka-nekrofila), kontakcie z niebezpiecznymi zwierzętami (jadowity pająk w juce), kontakcie z wydzielinami ciała (nasienie w szejku), zaniedbanej higienie osobistej (zamieniona sztuczna szczęka), śmierci (stalowe linki motocyklistów) i uszkodzeniach ciała (wkładanie żarówki do ust). To właśnie te elementy życia codziennego (nie każdego i nie każdej oczywiście, ja np. mam okno dachowe nad którym często przelatują ptaki) wskazuje się jako szczególnie aktywujące emocję wstrętu, mającą chronić nas przed źródłami możliwego zakażenia.

Żeby sprawdzić czy są w stanie eksperymentalnie zwiększyć skuteczność tych historii w zakresie zawracania nam głowy, badacze przygotowali ich ulepszone wersje. Innymi słowy, zwiększyli ich memetyczne dostosowanie, czyli zrobili to samo co twórcy skutecznych reklam. Każdą z opowiastek prezentowano (różnym badanym) w trzech wersjach ze stopniowanym ładunkiem obrzydliwości. Znów najbardziej nośne okazały się historie oceniane jako najbardziej prawdopodobne i te wywołujące najsilniejsze emocje negatywne - zwłaszcza te najbardziej odpychające. Kiedy naukowcy przeanalizowali rozpowszechnienienie poszczególnych miejskich legend w Internecie, okazało się, że w globalnym śmietniku dominują te, w których pojawia się jeden z siedmiu wątków aktywujących emocję wstrętu.

W omawianym badaniu autorzy skupili się przede wszystkim na wstręcie. Niemniej, łatwo doszukać się analogii ze strachem. Informacja o tym, że coś jest potencjalnie niebezpieczne dla życia naszego lub osób z dużym prawdopodobieństwem z nami spokrewnionych jest bardzo cenna i zazwyczaj warto się nią podzielić. Można przypuszczać, że jesteśmy potomkami znajomych osób, które takich historii nie zachowywały dla siebie. Jednocześnie, naszej słabości do pewnych historii zawdzięczamy popularność towarzyszących pogromom opowieści o Innym i ich szczególną nośność, którą od jakiegoś czasu możemy obserwować.

Literatura:
Bell, C., Heath, C., & Sternberg, E. (2001). Emotional selection in memes: the case of urban legends. Journal of personality and social psychology, 81 (6), 1028-41 PMID: 11761305

czwartek, 2 czerwca 2016

BIG GOD IS WATCHING YOU (1)

ResearchBlogging.orgMała ilość biomasy w środowisku sprzyja powstwaniu religii monoteistycznych. Amerykanie bardziej ufają skazanym gwałcicielom niż ateistom. Osoby z zaburzeniami autystycznymi rzadziej wierzą w osobowych bogów. Poza tym, że stanowią dobre przyczynki do wywołania kłotni na najbliższej imprezie, te trzy fakty mogą stanowić istotne poszlaki pozwalające na naturalistyczne wyjaśnienie zjawiska ludzkiej religijności.

Pan mym pasterzem


W dzisiejszym świecie dominują monoteiści. Do wiary w Boga religii Abrahamowych w 2005 roku przyznawała się nieco ponad połowa populacji świata. Mowa tu zarówno o wyznawcach islamu, judaizmu, chrześcijaństwa i jego licznych odłamów, ale też i rastafarianizmu, babaizmu czy bahaizmu. Niemniej, biorąc pod uwagę ilościową różnorodność wyznań, wyznania monoteistyczne stanowią zdecydowaną mniejszość - większość religii na świecie propaguje przekonania politeistyczne, animistyczne i inne. Wiara w jednego boga rządzącego światem i ludzkim losem jest ewenementem w bogactwie wierzeń rodzaju ludzkiego

Hans Memmling, Sąd ostateczny. Grafika w domenie publicznej
Wśród ewolucyjnych psychologów religii popularność zyskuje pojęcie "moralizatorskich wielkich bogów" (Moralising High Gods, MHG*). Mianem tym określa się potężne bóstwa (na ogół najpotężniejsze nie tylko w okolicy albo i we wszechświecie), którym często przypisuje się stworzenie świata i które żywo zainteresowane są postępowaniem ludzi. Co więcej, pilnują przestrzegania zasad moralnych. Typowym przykładem jest oczywiście Bóg religii Abrahamowych (Jahwe, Allah czy Jah) ale też i egipski Horus-Ra czy inkaski Wirakocza.

O ile tacy bogowie są powszechnie znani w naszym kręgu kulturowym, o tyle świat pełen jest osób które o nich nie słyszały. Antropolog J. W. M. Withing przebadał 81 społeczeństw łowiecko-zbierackich. Wielkich Bogów doszukał się w wierzeniach tylko 28 z nich. Bóstwa które zainteresowane są tym, czy wyrzucamy śmieci do lasu i czy nie ściągamy seriali z Internetu, moralizujący wielcy bogowie, są jeszcze rzadsze. Monoteistyczne bóstwa podobne do wierzeń judeochrześcijańskich pojawiają się tylko u 10% społeczeństw, których wierzenia religijne są znane. Inne badania pokazują, że bóstwa tego typu najczęściej spotykane są wśród ludów zajmujących się pasterstwem.

Dlaczego MHG mieliby być tam szczególnie popularni? Jednym z powodów mogą być trudne warunki życia. Zespół naukowców pod kierunkiem C. A. Botero przeanalizował związek między środowiskiem w jakim powstała dana kultura a jej systemem wierzeń. Badanie objęło 583 społeczeństwa opisane w monumentalnym dziele Ethnographic Atlas George'a P. Murdocka. Badacze wzięli pod uwagę ogrom danych opisujących warunki w jakich funkcjonowały poszczególne kultury. Na przykład czynniki środowiskowe - to, jak często występują na danym obszarze ekstremalne warunki pogodowe czy ilość biomasy wytwarzaną przez dany ekosystem (ważną w kontekście zdobywania pożywienia). Z drugiej strony uwzględniono czynniki społeczne, na przykład typowy sposób zdobywania pożywienia (hodowla zwierząt, rolnictwo, zbieractwo...) i system polityczny danej społeczności.

W skali globu okazało się, że MHG występowali tym powszechniej, im gorsze warunki do rozwoju miała dana kultura. Im zdobywanie pożywienia było trudniejsze, na przykład ze względu na małą ilość biomasy w środowisku, tym częściej wierzono w Wielkich Bogów. Obecni oni byli głównie w w osiadłych społeczeństwach, które zajmowały się hodowlą zwierząt. Płaska struktura społeczeństwa - obecna wtedy, gdy nie ma w nim wyraźnej hierarchii - wiązała się raczej z wiarą w duchy przodków. Rzecz jasna dla powstawania kultury ogromne znaczenie ma też kultura sąsiadów (w tym język) i jej wpływ również został uwzględniony w badaniu - łączny wpływ pozostałych czynników okazał się większy.

Mapa rozmieszczenia wybranych społeczeństw wyznających wiarę w moralizujących wielkich bogów (kropki niebieskie)
i społeczeństw ateistycznych, wyznających wiarę w bóstwa niezainteresowne moralnością czy spirits (duchy, ale niekoniecznie zmarłych). Im dany obszar jest ciemniejszy, tym więcej biomasy generuje roślinność. Grafika © 2014 National Academy of Science

Na obraz i podobieństwo krajobrazu


To nie jedyne związki jakie znaleziono pomiędzy środowiskiem a zamieszkującymi je memami. Skądinąd wiemy na przykład, że duże rozpowszechnienie patogenów w otoczeniu idzie w parze z małym wskaźnikiem demokratyzacji kraju. Im więcej zarazków tym większa w społeczeństwie potrzeba konformizmu i posłuszeństwa wobec autorytetów. Osoby zamieszkujące szczególnie obfitujące w nie rejony są nieco mniej otwarte na innych ludzi, nowinki kulturalne i nowe przygody seksualne. Autorzy koncepcji parasite-stress theory spekulują, że jest to mechanizm pozwalający na ochronę społeczności przed potencjalnymi źródłami zarażenia - mniej kontaktów z obcymi to mniejsza szansa na złapanie jakiegoś bakcyla.

Rytuały inicjacyjne plemienia Yao (Malawi). CC BY-NC 2.0, Steve Evans
Pewne różnice w preżywaniu religijności znaleziono też pomiędzy społecznościami zajmującymi się uprawą roli (związaną z występowaniem określonego typu środowiska) i tymi, które jej nie znają. Różnice te polegają na częstości występowania pewnych form rytuałów religijnych. Dane zebrane przez antropologów wskazują na to, że w całej różnorodności obrzędów związanych z sacrum dominują ich dwa rodzaje. Pierwszym (religijność wyobrażeniowa) są intensywne emocjonalnie, często niemal traumatyczne, rytuały które odbywają się rzadko i stanowią ważne wydarzenie dla całej społeczności. Dobrym przykładem jest rytuał przejścia Gol w czasie którego młodzi mężczyźni z Wyspy Zesłania Ducha Świętego** skaczą w dół z nogami przywiązanymi lianą do szczytu trzydziestometrowej konstrukcji którą własnoręcznie zbudowali. Po udanym skoku matka świeżo upieczonego mężczyzny wyrzuca jakąś pamiątkę związaną z jego dzieciństwem, rozpoczynając tym samym jego dorosłe życie. Tradycja ta dała początek współczesnym skokom na bungee i stanowi dzisiaj atrakcję turystyczną. Autor skakał kiedyś na bungee i potwierdza, że jest to bardzo emocjonujące przeżycie.

Druga forma rytuałów (religijność doktrynalna) to mało emocjonujące, rutynowo powtarzane obrzędy służące utrwalaniu deklaratywnej wiedzy o doktrynie. Innymi słowy, takie, które pozwalają na świadome zapamiętanie pewnej wiedzy, np. regularne obrzędy mszy świętej (która pełni też oczywiście inne funkcje) czy inne formy wspólnej modlitwy. Antropolodzy przypuszczają, że te pierwsze formy obrzędów mają za zadanie z jednej strony tworzyć silne i emocjonalne wspomnienia, z drugiej zaś stanowią okazje by członkowie społeczności mieli okazję dowieść swojej przynależności do grupy. Te drugie mają regularnie przypominać o prawdach wiary i stać na straży poprawności teologicznej czyli zapewniać posiadanie przez członków wspólnoty aktualnego zbioru wiedzy doktrynalnej.

Analiza 645 rytuałów występujących w 74 kulturach z całego świata przeprowadzona przez Q. D. Atkinsona i H. Whitehouse'a pokazała, że im silniejsze emocje wzbudza dana forma religijności - zarówno pozytywne jak i negatywne - tym rzadziej dana społeczność je powtarza. Zauważono również że formy religijności doktrynalnej często współwystępowały z obecnością rolnictwa. Innymi słowy, społeczności których środowisko pozwalało na uprawę roli cechowały się nieco innym sposobem kultywowania swojej religijności. Oczywiście nie można w tym wypadku mówić o wykazaniu związku przyczynowo-skutkowego, mamy bowiem do czynienia jedynie z danymi korelacyjnymi.


Niewidzialny kot


Jedną z większych zagadek psychologii ewolucyjnej jest to, że nie tylko nie atakujemy setek nieznajomych z którymi spotykamy się codziennie na ulicach ale też i jesteśmy skłonni im niekiedy bezinteresownie pomóc! Nasza altruistyczna skłonność do pomagania niespokrewnionym z nami osobnikom tego samego gatunku stanowi pewną niewiadomą. Być może stanowi to pozostałość czasów, gdy nasze społeczności składały się tylko z członków spokrewnionych ze sobą. Mielibyśmy posiadać wrodzoną skłonność do pomagania ludziom w naszym otoczeniu jako, że przez dużą część naszej historii byli to na ogół osobnicy blisko z nami spokrewnieni (więc bezpiecznie było zakładać, że jeśli ktoś żyje obok to warto mu pomóc jako krewnemu).

Hyeronymus Bosch, Sąd ostateczny. Grafika w domenie publicznej.

Pomagając naszym krewnym z dużym prawdopodobieństwem pomagamy bowiem naszym własnym genom. Rzecz jasna jest to tylko metafora i nie robimy tego świadomie. W istocie chodzi o to, że o naszym zachowaniu decydują te geny (ale nie tylko geny), które skutecznie rozpowszechniły się w puli genowej. Może do tego dojść, gdy skłaniają swoich posiadaczy do pomagania osobom posiadających kopie tego samego genu. I rzeczywiście, ludzie chętnie pomagają osobom do siebie podobnym (np. mówiącym z tym samym akcentem) lub takim co do których zachodzi uzasadnione podejrzenie co do występowania z nimi pokrewieństwa. Na przykład swoim dzieciom. Lub rodzinie ogółem. Jak swego czasu ujął to jakoby amerykański genetyk J.B.S. Haldane, własne życie opłaca się oddać dopiero za dwójkę własnego rodzeństwa lub ośmioro kuzynostwa.

Są też inne wyjaśnienia tego fenomenu, odwołujące się do rywalizacji pomiędzy poszczególnymi społecznościami ludzkimi które lepiej lub gorzej radziły sobie ze współpracą. Wyobraźcie sobie wyjętą żywcem z wyjazdu integracyjnego rywalizację w dziedzinie budowania wieży z makaronu na czas od której zależy wasze życie. Razem łatwiej jest zapewnić sobie schronienie, pożywienie i skutecznie odeprzeć atak konkurencji. Wiedzą o tym wszyscy aktywiści działający na rzecz rozwoju spółdzielczości i związkowcy. Z drugiej strony, osobnicy oszukujący w wymianie społecznej stanowią poważny problem dla każdego gatunku społecznego. Gdy istnieje społeczne przyzwolenie na niesprzątanie po swoich psach i oszustwa podatkowe, tracą na tym wszyscy. Stąd, społeczności które wypracowały skuteczne mechanizmy nakłaniania swoich członków do wzajemnej uczciwości - ale przede wszystkim mechanizmy karania oszustów - zyskują pewną przewagę.

Psychologowie ewolucyjni postulują istnienie trzech podstawowych sposobów monitorowania uczciwego przebiegu wymiany społecznej (czyt.: nie kradną, nie zabiajają sie bez ważnego powodu). Społeczeństwa cywilizowane rozwiązały ten problem dzięki mniej lub bardziej sformalizowanym strukturom społeczno-politycznym. Całkiem skutecznie. Od początku ludzkości obserwuje się bowiem stały trend spadkowy w liczbie śmierci wynikających z przemocy. Podobne sposoby obserwuje się też w kulturach żyjących poza obrębem tradycyjnie rozumianej cywilizacji. Przykładowo, opisywany przeze mnie dawno temu pasterski lud Turkana walczy z dezerterami wojennymi za pomocą szerokiego repertuaru kar, od łagodnych reprymend słownych po przywiązywanie do drzewa i pobicie. Same struktury społeczno-polityczne sprawdzają się jednak tylko w niektórych przypadkach. Albo w wysoko rozwiniętych społeczeństwach które posiadają sprawny wymiar sprawiedliwości i aparat przymusu w który opłaca się pokładać zaufanie albo w niewielkich grupach, których rozmiar pozwala na tego typu metody. Co więcej, ich członkowie muszą mieć poczucie, że ich niegrzeczne zachowanie nie umknie uwadze wymiarowi sprawiedliwości.

Wszechwidzące oko na banknocie dolarowym. Grafika w domenie publicznej.

Skutecznym straszakiem wobec niegodziwców może być zaszczepienie w nich przekonania, że za ich złe uczynki może ich spotkać kara nie tylko ze strony pobratymców (tych można oszukać, można też robić coś w ukryciu) ale ze strony znacznie potężniejszych bytów lub sił wszechświata. Swego rodzaju niewidzialny kot, bez którego myszy i ludzie harcują. W rachubę wchodzą tutaj duchy przodków, pomniejsze bóstwa, prawo karmy... Opisana przez antropologów szeroka gama lokalnych wierzeń dotyczących nadprzyrodzonych istot, które wiedzą i widzą więcej. Co więcej, wpływają na nasz los w bezpośredni sposób, zsyłając nieurodzaj, choroby i kwaśne mleko. Byty te ewolucyjni psychologowie religii określają mianem broad supernatural punishment (BSP) czyli pewnego szerokiego zakresu nadprzyrodzonych kar.

Trzecia sytuacja to właśnie moralizatorscy wielcy bogowie, szczególny przypadek nadprzyrodzonych kar. Wszystowiedzące, wszechpotężne istoty znające każdy nasz dobry i zły uczynek. Takie, które monitorują nas nieustannie, nigdy nie śpią, nie mrugają i nie odwracają oczu. Takie, których nie można oszukać. Żywo zainteresowane godziwością naszego życia i władne by wymierzać kary. Stanowią doskonały straszak. Badacze ewolucyjnej historii religii spekulują, że społeczności których członkowie podzielają wiarę w MHG mogą lepiej radzić sobie wymuszaniem na swoich członkach współpracy, co daje im przewagę w sytuacjach niesprzyjającego środowiska.

Demonstrowanie wiary w tego samego boga (między innymi poprzez kosztowne rytuały) daje członkom społeczności podstawy by wierzyć, że mogą sobie ufać. Bo przecież nie braliby węży do rąk, gdyby faktycznie nie wierzyli że prowadzi ich Bóg. Wspólne przekonania co do naganności niektórych czynów, poprzez budowanie mniej lub bardziej wymuszonego zaufania, stwarzają warunki umożliwiające swobodną współracę. Społeczności które łączy wiara w jednego surowego nadzorcę mogą tym samym mieć w niesprzyjających warunkach przewagę nad społecznościami, których członkowie nie mają powodu by sobie ufać. Co więcej, Ara Norenzayan, autor ksiązki Big Gods spekuluje, że to właśnie wiara w MHG, umożliwiając sprawną współpracę pomiędzy dużymi masami niespokrewnionych ze sobą ludzi, pozwoliła zaistnieć dużym ludzkim społecznościom które dzięki temu miały szanse przetrwania.


Anarchia w raju


Wygląda na to, że z opisywanego na początku wpisu schematu wyłamały się społeczeństwa Austronezji. Mianem tym określa się zbiorczo wszystkie wyspy półkuli południowej, począwszy od Madagaskaru do Wyspy Wielkanocnej. Podobnie jak w innych częściach świata, Wielcy Bogowie stanowili tam mniejszość. Najczęstsze wśród ich mieszkańców były przekonania o istnieniu mniej lub bardziej określonych nadprzyrodzonych sił karzących występek (BSP). Występowały w 37 kulturach. Społeczne i polityczne mechanizmy przestrzegania porządku obecne były w 22 kulturach. MHG pojawili się wierzeniach 6 społeczeństw. Analizując dane lingwistyczne zebrane w badanych społeczeństwach, badacze doszli do wniosku, że wiara w MHG pojawiła się tam później niż struktury polityczne. Wierzenia te nie były więc konieczne do zaistnienia współpracy pomiędzy ich członkami. Społeczności te zorganizowały się do poziomu pozwalającego im na współpracę bez uciekania się do wspólnych systemów wierzeń.

A. Norenzayan, jeden z głownych zwolenników koncepcji MHG jako cywilizatorów ludzkich społeczeństw zwraca uwagę, iż społeczności wyspiarskie rządzą się swoją własną specyfiką. Mała dostępna im powierzchnia i trudności w komunikacji pomiędzy poszczególnymi wyspami uniemożliwiły powstanie wielkich zunifikowanych społeczeństw. Struktura plemion w których wodzowie rządzą stosunkowo niewielkimi grupami ludzi różni się do społeczeństw euroazjatyckich i dlatego też dane te trudno porównywać.

Jak błoga to bez boga


Analizując przywoływane wcześniej dane Botero, Gardnera i innych, dotyczące rozpowszechnienia Wielkich Bogów, inni badacze zwrócili uwagę na jeszcze jedną zależność. Niemal wszystkie znane społeczeństwa utrzymujące się z uprawy roli które nie wykształciły wiary w MHG żyją w relatywnie komfortowych warunkach. Obfitość pożywienia sprawiła, że nadprzyrodzony nadzorca nie był potrzebny do skutecznego funkcjonowania społeczeństwa. Straty wynikające z działalności społecznych gapowiczów najwyraźniej nie były w nich tak dotkliwe. Na usta ciśnie się porównanie z dzisiejszym społeczeństwami m.in. Europy Zachodniej w których duży stopień rozwoju cywilizacyjnego idzie w parze z niską religijnością. Sprawnie działający w nich aparat państwowy zapewnia sprawne funkcjonowanie społeczeństw bez uciekania się do groźby nadprzyrodzonej kary.

W drugiej części tej serii artykułów przyjrzymy się bliżej działaniu mechanizmów nadprzyrodzonego nadzoru.


* - tłumaczenie jest moje, inne które przychodziły mi do głowy to "wielcy bogowie moralności", "moralizujący wielcy bogowie" i "wielcy bogowie od moralności", zachęcam do komentowania mojego wyboru i sugestii

** - pozwoliłem sobie na takie tłumaczenie nazwy Pentecost Island, nie udało mi się znaleźć polskiego odpowiednika w Internecie


Literatura:
Atkinson, Q. D., & Whitehouse, H. (2011). The cultural morphospace of ritual form: Examining modes of religiosity cross-culturally. Evolution and Human Behavior, 32(1), 50-62.
Botero, C.A., Gardner, B., Kirby, K.R., Bulbulia, J., Gavin, M.C., & Gray, R.D. (2014). The ecology of religious beliefs. Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America, 111 (47), 16784-9 PMID: 25385605
Thornhill, R., Fincher, C.L., & Aran, D. (2009). Parasites, democratization, and the liberalization of values across contemporary countries. Biological reviews of the Cambridge Philosophical Society, 84 (1), 113-31 PMID: 19046399
Watts, J., Greenhill, S. J., Atkinson, Q. D., Currie, T. E., Bulbulia, J., & Gray, R. D. (2015). Broad supernatural punishment but not moralizing high gods precede the evolution of political complexity in Austronesia. Proceedings of the Royal Society of London B: Biological Sciences, 282(1804), 20142556. 
Wilson, E. O., & Szacka, B. (1988/1978). O naturze ludzkiej. Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy. 

czwartek, 19 lipca 2012

zdrowe poglądy

ResearchBlogging.orgWrogie postawy wobec ludzi odmiennych od nas samych wciąż nie są rzadkością w dzisiejszym świecie. Uprzedzenia na tle orientacji seksualnej, narodowości, wyznania czy poglądów politycznych przejawia, lub nawet otwarcie zdradza, znaczna część społeczeństwa. Ze stygmatyzacją spotykają się ludzie upośledzeni fizycznie, starsi i chorzy. Wielu z nas, niekoniecznie świadomie, unika siadania obok tych osób. Niedawne sondaże, które przeprowadzono równolegle w wielu krajach Europy potwierdzają, że podobne postawy są obecne i dziś. Dla przykładu, 88% Polaków jest przeciwnych równouprawnieniu par tej samej płci, 40% z nich uważa, że pomiędzy różnymi grupami etnicznymi panuje naturalna hierarchia. Badania dotyczące ukrytych postaw pokazują, że większość ludzi może postrzegać osoby odmiennej rasy nieco negatywnie. Doświadczenie i wyniki badań psychologów społecznych potwierdzają, że niewiele trzeba, żebyśmy zaczęli postrzegać członków grupy w jakiś sposób opozycyjnej wobec naszej jako gorszych pod różnymi względami. Jak wytłumaczyć niemalże uniwersalną skłonność ludzi do ulegania uprzedzeniom wobec odmienności?

Przypuszczalnie jedną z ostatnich kwestii jakie skłonni bylibyśmy rozważyć w poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie byłaby obawa przed chorobami zakaźnymi. Wyniki wielu badań pokazują, że właśnie tam leżeć może przyczyna naszej obawy wobec odmienności. Z pomocą przychodzą dwie uzupełniające się koncepcje. Pierwsza z nich - behawioralny układ odpornościowy - to termin ukuty przez Marka Schallera, oznaczający psychologiczne mechanizmy profilaktyki. Druga znana jest jako socjofunkcjonalne rozumienie uprzedzeń. Opiera się ona na spostrzeżeniu, iż nie wszystkie uprzedzenia są takie same same, występujące pomiędzy nimi różnice mogą zaś pozwolić na lepsze zrozumienie problemu. Behawioralny układ odpornościowy jest postulowanym sposobem naszego mózgu na nakłanianie nas do takiego zachowania, które pozwala nam unikać zarażenia. Innymi słowy, jest to psychologiczna profilaktyka prozdrowotna. Wczesna prewencja, która w wielu wypadkach sprawia, że przeciwciała okazują się niepotrzebne, gdyż nie dochodzi do kontaktu ze źródłem zakażenia. Termin ten określa zestaw psychologicznych mechanizmów, które mają na celu wykrywanie potencjalnych źródeł patogenów (pasożytów, bakterii i wirusów) w otoczeniu i reagowanie na nie w sposób, który pozwala unikniąć z nimi kontaktu. Ma to daleko idące znaczenie w interakcjach międzyludzkich. Przypuszczalnie mechanizmy te leżą u podłoża uprzedzeń, wpływają na nasze życie seksualne; pośrednio mają także wpływ naszą politykę i różnice międzykulturowe

Po co nam uprzedzenia?

Perspektywa socjofunkcjonalna rozpatruje uprzedzenia jako postawy mające pewną specyficzną funkcję w społeczności. Poszczególne ich postacie, skutkujące minimalizowaniem kontaktu z członkami określonych grup, ograniczają również kontakt z potencjalnymi zagrożeniami dla danej społeczności, reprezentowanymi przez daną mniejszość. Analiza deklarowanych przez Amerykanów odczuć związanych z grupami mniejszościowymi pokazuje, że szczególną rolę odgrywają tam, na przykład, poczucie zagrożenia dla mienia i bezpieczeństwa (w wypadku Afroamerykanów) czy zdrowia i wartości moralnych (w wypadku gejów). Unikanie osób zakaźnie chorych wydaje się czymś logicznym i rozsądnym, jeśli tylko chcemy pozostać przy zdrowiu. Co miałoby jednak skłaniać niektórych z nas do unikania osób zdrowych? Powodem może być fakt, iż nie możemy zobaczyć źródła zagrożenia, jakim są zarazki. Przed wynalezieniem mikroskopu był one niedostępne ludzkim oczom i nikt nie brał ich istnienia na poważnie. Bardzo długo medycyna stała na przerażająco niskim poziomie, nie mając skutecznych środków zaradczych i wyjaśnień dla chorób nękających rodzaj ludzki. Tłumaczono je między innymi ingerencją demoniczną. Trudno było zrozumieć w czym tkwi przyczyna faktu, iż niektórzy z nas zapadają na choroby, a inni nie. Najlepszym przykładem błądzenia po omacku mającego swoje źródłu w braku rozumienia mechanizmów choroby jest całkowicie bezzasadna masowa eksterminacja kotów w czasie epidemii czarnej śmierci. Interwencja ta była nawet szkodliwa, jako, że koty polowały na szczury, będące siedliskiem pcheł, faktycznie roznoszących zarazki. Ponieważ nie widzimy zarazków, musimy polegać na intuicyjnych metodach ich unikania. Jako, że z punktu widzenia naszego przetrwania, lepiej jest wiele razy uniknąć fałszywego zagrożenia niż raz zignorować rzeczywiste, nasze systemy wczesnego ostrzegania przed zarazkami są nadmiernie czułe. Najskuteczniejszą wymyśloną przez ewolucję metodą jest unikanie możliwości zarażenia poprzez unikanie sytuacji potencjalnie chorobotwórczych. Nawet wtedy, kiedy przybiera do dość zabawne formy.

W ciągłym poszukiwaniu zagrożenia


Badania przeprowadzane w laboratoriach psychologów dostarczają zaskakujących przykładów działania tego mechanizmu. Jednym z największych rezerwuarów patogenów w środowisku są zwierzęce odchody. Efektem tego jest silna awersja do wszystkiego, co je przypomina. Tak silna, że obecna nawet w wypadku przedmiotów szczególnie lubianych. Wyniki amerykańskiego badania udowodniły, iż uczestnicy eksperymentu byli znacznie mniej skłonni do zjedzenia fudges, ciastek czekoladowo-orzechowych, kiedy kształtem przypominały one psie odchody. Inne doświadczenia pokazują, że ludzie mniej chętni są do picia napojów z naczyń, na które sami nakleili etykietkę „cyjanek”. Wiele wskazuje na to, że w także relacjach z innymi ludźmi, nasz mózg poszukuje śladów potencjalnej infekcji, pieczołowicie odnajdując przejawy odstępstwa od normy (w tym fizycznej), wywołujące w nas uczucie zaniepokojenia i odrazę. Choroby zakaźne nierzadko powodują widoczne zmiany w wyglądzie i budowie ciała. W konsekwencji, wydaje się prawdopodobnym, ze dysponujemy mechanizmami, które reagują na ich wystąpienie. Odbywa się to przez aktywowanie emocji odrazy i niepokoju, które prowokują zachowania mające na celu uniknięcie kontaktu z osobami przejawiającymi zmiany fizyczne. Podobnie jak w wypadku wielu innych ludzkich „systemów wczesnego ostrzegania”, jest on przeczulony, aktywując się w wypadku osób z widocznym piętnem fizycznym nawet wtedy, gdy faktycznego zagrożenia nie ma. Przykładem może być otyłość czy deformacje ciała. Badania pokazują, że osoby szczególnie obawiające się zarazków, reagują wyraźniej zaznaczoną awersją wobec osób otyłych, fizycznie niesprawnych i będących w podeszłym wieku. Uprzedzenia te objawiają się zwłaszcza wtedy, kiedy przypomnimy ludziom o potencjalnych zagrożeniach płynących ze strony drobnoustrojów. Pozwala to wysnuć przypuszczenie, iż właśnie świadomość obecności chorobotwórczych mikroorganizmów może być czynnikiem wyzwalającym poczucie zagrożenia.

Swoje chwalicie

To samo zdaje się dotyczyć członków odmiennych grup, na przykład narodowościowych czy etnicznych. Nie od dziś wiadomo, że mamy wyraźną tendencję do traktowania członków swojej grupy lepiej, aniżeli ludzi pozostających poza jej obrębem. Oceniamy ich jako bardziej podobnych do siebie, jednocześnie częściej posługując się przy tym stereotypowym myśleniem. Tendencja ta nazywana jest stronniczością międzygrupową. Podobne skłonności obserwuje się nawet w wypadku grup, które zostały utworzonych przypadkiem, na przykład przez rzut monetą. Sławetna demonstracja przeprowadzona przez Jane Elliot (przedstawiona w filmie „Niebieskoocy”) pokazała, że dzieci potrafią poddawać ostracyzmowi swoich kolegów z klasy na podstawie informacji, że kolor oczu ma związek z ich inteligencją. Uprzedzenia międzygrupowe szczególnie silne stają się w obecności zagrożenia zarażeniem, np. gdy badanym prezentuje się zdjęcia lub opisy zmian chorobowych na skórze. Badania nad występowaniem stronniczości międzygrupowej, jakich dokonuje się na kobietach ciężarnych, dostarczają szczególnie spektakularnych wyników. Wygląda na to, że zmiany w jej nasileniu silnie współgrają z przebiegiem ciąży, konkretnie zaś, z występowaniem porannych nudności, podobnie jak wspomniana skłonność, szczególnie częstymi w pierwszym trymestrze ciąży. W tym czasie następuje obniżenie aktywności układu odpornościowego kobiety. Efekt ten zmniejsza ryzyko zaatakowania przez własne przeciwciała potencjalnie obcego organizmu jej potomstwa, które rozwija się w łonie matki. Skutkiem jest między innymi większa wrażliwość kobiety na smaki i zapachy. Nieświadomie pomaga jej to w obronie przed toksycznymi substancjami obecnymi w niewielkich ilościach w pożywieniu. Na ogół nie wyrządzają one większych szkód w dorosłym organizmie (przypuszcza się, że może być to powodem, dla którego małe dzieci nie przepadają za jedzeniem brukselki). Dla delikatnego, dopiero rozwijającego się płodu, nawet niewielkie ich ilości mogłyby być jednak bardzo groźne. Kontakt kobiety z chorobotwórczymi mikroorganizmami byłby w tym okresie szczególnie niebezpieczny dla niej samej i dla jej potomstwa, rozsądnym jest więc unikanie wszelkich możliwych źródeł groźnych zarazków. Niewielki wzrost stronniczości międzygrupowej obserwuje się także w okolicach porodu. Jest to moment, kiedy kobieta szczególnie potrzebuje opieki swych bliskich.


Nieczyste myśli


Liczne badania pokazują, że świadomość obecności zarazków w otoczeniu wpływa na nasze postawy, poglądy i osądy moralne w jeszcze szerszy sposób, niż opisany do tej pory. Bodźce przypominające nam o zanieczyszczeniu sprawiają, że stajemy się bardziej konserwatywni. Czystość fizyczna odgrywa istotną rolę w nieświadomych procesach moralnego oceniania np. aktywności seksualnej. Badani udzielający odpowiedzi na pytania badaczy w pobliżu łazienki bardziej rygorystycznie oceniają praktyki seksualne potencjalnie skutkujące kontaktem z zarazkami. Wygląda również na to, że ludzie mieszkający w rejonach, gdzie ryzyko zarażenia się jest szczególnie duże, różnią się pod względem osobowości od mieszkańców rejonów gdzie występują warunki korzystniejsze dla zdrowia. W badaniach wykazują mniejszą otwartość na doświadczenie (jest to cecha osobowości wyznaczająca naszą skłonność do próbowania nowych rzeczy i eksperymentowania ze światem), niższą ekstrawersję (otwartość w kontaktach z innymi ludźmi i gotowość do poznawania nowych osób), jak również mniejsza otwartość seksualna. Społeczności zamieszkujące takie obszary są też nastawione bardziej kolektywistycznie i konformistycznie. Mają także większą skłonność do wywierania presji na swoich członków, gdy przekraczają oni obowiązujące normy. Tym samym wydaje się, że nasze poglądy stanowią pewną formę unikania zagrożeń dla naszego zdrowia.
Strach przed wszechobecnymi zarazkami ukształtował również nasze preferencje względem wyglądu partnerów seksualnych. Wiele badań koncentrujących się na poszukiwaniu źródła tego, co nazywamy pięknem fizycznym, wskazuje na symetryczność rysów twarzy i budowy ciała, jako jeden ze szczególnie istotnych czynników przy dokonywaniu oceny. Dlaczego miałaby ona być ważna akurat w wypadku urody? Okazuje się, że jest ona dość dobrym wskaźnikiem ogólnego stanu zdrowia organizmu. Bowiem odstępstwa od symetrii w budowie ciała mogą być rezultatem przebytych chorób, urazów i nieprawidłowości rozwojowych. Wygląda na to, że poszukiwanie zdrowego partnera, o silnym układzie odpornościowym, który odziedziczyć może nasze potomstwo, nakazuje nam poszukiwanie symetrii w jego fizyczności. Preferencja ta staje się silniejsza wobec obecności patogenów w otoczeniu, tak, jakbyśmy instynktownie szukali wtedy zdrowszych partnerów. Niektórzy badacze sugerują, że być może poszukujemy jej tak silnie, że przenosimy tę preferencję także na inne dziedziny życia, wyżej oceniając symetrię w projektowaniu budynków. Choć bywa nazywana estetyką głupców, symetria może mieć bardzo istotne znaczenie.

Lek na całe zło

Potencjalne biologiczne źródło uniwersalności ksenofobicznych uprzedzeń wydaje się skazywać nas na powtarzanie historii pełnej przemocy wobec Innego, czystek etnicznych i prześladowań mniejszości. Paradoksalnie jednak, w oparciu o wiedzę o mechanizmach, które za nimi stoją, możemy zyskać bardzo silne lekarstwo w walce z uprzedzeniami, w dodatku o uniwersalnym zasięgu. Możliwe, że nawet szczepionkę. Opublikowane w listopadzie ubiegłego roku wyniki badań uzyskane przez naukowców z Kanady i Stanów Zjednoczonych pozwalają przypuszczać, że oddziaływanie bezpośrednio na prawdopodobne źródło owych uprzedzeń - strach przed zarażeniem - może redukować lęk przed obcymi. Poprzez serię eksperymentów wykazali oni, że szczepienie przeciwko chorobom zakaźnym i przypominanie im o tym, że są chronieni przed drobnoustrojami redukuje ujawniane przez nich uprzedzenia. Programy profilaktyczne, które dotyczą chorób zakaźnych zyskują jeszcze większe znaczenie. Pomagają nam budować świat wolny od przejawów szowinizmu i nietolerancji.

Grafika:

CC-BYorangeacid
CC-BY-NC matt the monkey
CC-BY-NC-ND Wahj
CC-BY-NC premasagar
CC-BY-NC-SArachelbinx

Literatura:
Fincher CL, Thornhill R, Murray DR, & Schaller M (2008). Pathogen prevalence predicts human cross-cultural variability in individualism/collectivism. Proceedings. Biological sciences / The Royal Society, 275 (1640), 1279-85 PMID: 18302996
Park, J. H., Faulkner, J., & Schaller, M. (2003). Evolved disease-avoidance processes and contemporary anti-social behavior: Prejudicial attitudes and avoidance of people with physical disabilities. Journal of Nonverbal Behavior, 27(2), 65-87. Springer. Dostęp z http://www.springerlink.com/index/L147K15H81282134.pdf
Duncan, L., & Schaller, M. (2009). Prejudicial Attitudes Toward Older Adults May Be Exaggerated When People Feel Vulnerable to Infectious Disease: Evidence and Implications Analyses of Social Issues and Public Policy, 9 (1), 97-115 DOI: 10.1111/j.1530-2415.2009.01188.x
Young, S., Sacco, D., & Hugenberg, K. (2011). Vulnerability to disease is associated with a domain-specific preference for symmetrical faces relative to symmetrical non-face stimuli European Journal of Social Psychology, 41 (5), 558-563 DOI: 10.1002/ejsp.800
Faulkner, J., Schaller, M., Park, J., & Duncan, L. (2004). Evolved Disease-Avoidance Mechanisms and Contemporary Xenophobic Attitudes Group Processes & Intergroup Relations, 7 (4), 333-353 DOI: 10.1177/1368430204046142
Helzer, E., & Pizarro, D. (2011). Dirty Liberals!: Reminders of Physical Cleanliness Influence Moral and Political Attitudes Psychological Science, 22 (4), 517-522 DOI: 10.1177/0956797611402514
Little AC, DeBruine LM, & Jones BC (2011). Exposure to visual cues of pathogen contagion changes preferences for masculinity and symmetry in opposite-sex faces. Proceedings. Biological sciences / The Royal Society, 278 (1714), 2032-9 PMID: 21123269
Murray DR, Trudeau R, & Schaller M (2011). On the origins of cultural differences in conformity: four tests of the pathogen prevalence hypothesis. Personality & social psychology bulletin, 37 (3), 318-29 PMID: 21307175
Navarrete, C., Fessler, D., & Eng, S. (2007). Elevated ethnocentrism in the first trimester of pregnancy Evolution and Human Behavior, 28 (1), 60-65 DOI: 10.1016/j.evolhumbehav.2006.06.002
Rozin, P., Millman, L., & Nemeroff, C. (1986). Operation of the laws of sympathetic magic in disgust and other domains. Journal of Personality and Social Psychology, 50 (4), 703-712 DOI: 10.1037//0022-3514.50.4.703
Schaller, M., & Park, J. (2011). The Behavioral Immune System (and Why It Matters) Current Directions in Psychological Science, 20 (2), 99-103 DOI: 10.1177/0963721411402596

wtorek, 24 stycznia 2012

pomoc wszystkich udzielana wszystkim

ResearchBlogging.orgJedną z cech wyróżniających ludzkie społeczności spośród innych zbiorowości świata zwierzęcego jest ich liczebność. W dzisiejszych czasach przechodzimy sami siebie. Przeciętne polskie miasto ma więcej niespokrewnionych ze sobą mieszkańców niż struktury społeczne z wczesnej historii ewolucyjnej naszego gatunku. Mimo tego, że codziennie spotykamy ludzi którzy są nam zupełnie obcy, nie tylko jesteśmy w stanie z nimi koegzystować, nierzadko zdobywamy się nawet na życzliwość wobec nich.

Pośród naczelnych stanowimy wyjątek także z innego powodu. Przyglądając się współcześnie istniejącym kulturom pierwotnym, żyjącym w sposób podobny do tradycyjnego modelu społeczności, wypracowanego na afrykańskiej sawannie dawno, dawno temu, można zaobserwować, że cechują się one bezprecedensową płynnością składu osobowego. W większości przebadanych plemion, ludzie relatywnie swobodnie przechodzą z jednej grupy do drugiej, opuszczając tę, w której się wychowali i zostając przyjętym przez nową. Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. W większości zwierzęcych zbiorowisk, tylko jedna płeć pozwala sobie na takie wojaże. U szympansów są to np. samice. Skutek tego jest taki, że nasze społeczności są ze sobą w zaskakująco małym stopniu spokrewnione. Stawia to w nowym świetle nasze dotychczasowe myślenie o źródłach ludzkiej kooperacji. Właśnie ona najprawdopodobniej wyniosła nas na pozycję silnie dominującego gatunku na naszej planecie.

Rodzina ludzka

Myśląc o szeroko rozumianej rodzinie ludzkiej, należy pamiętać, że przeciętne stadko szympansów jest w większym stopniu zróżnicowane genetycznie. Oznacza to, że ma mniej wspólnych przodków, niż wszyscy żyjący na Ziemi ludzie. Jest to pozostałością po tych momentach historii człowieka, w których gatunek ten liczył sobie tylko kilkanaście tysięcy osobników. Owe przejścia przez ewolucyjne głębokie gardło wynikały między innymi z katastrof naturalnych, takich jak erupcja superwulkanu Toba, 70 tysięcy lat temu. Innym ciekawym fenomenem dotyczącym naszej przeszłości jest tzw. paradoks wspólnych przodków. Gdyby wyliczyć liczbę przodków dowolnego człowieka do kilkudziesięciu pokoleń wstecz, w myśl zasady, że każda osoba ma dwoje rodziców biologicznych, z których każda ma ich podobną liczbę (dwoje rodziców x dwoje dziadków x dwoje pradziadków...), bardzo szybko otrzymalibyśmy liczbę większą, niż obecnie żyjące siedem miliardów ludzi (spodziewać by się ich można około roku 1000). A przecież ludzkości z biegiem czasu ma przybywać, nie ubywać. Rozwiązanie tej sprzeczności polega na tym, że, po pierwsze, nie wszyscy nasi przodkowie należeli do tych samych pokoleń (różnice między nimi były większe niż 10 lat), po drugie, wszyscy jesteśmy ze sobą spokrewnieni bliżej, niż mogłoby się wydawać. Mamy bardzo wielu wspólnych przodków.

Na podstawie badań DNA mitochondrialnego, dziedziczonego tylko po linii żeńskiej (męskie mitochondria w większości wypadają z rzeki genów wraz z wicią plemnika, nieliczne pozostałe giną we wczesnej fazie rozwoju zygoty), wywnioskowano, że wszyscy żyjący dziś ludzie pochodzą od jednej kobiety, żyjącej prawdopodobnie 200 tysięcy lat temu we wschodniej Afryce. Nie oznacza to, że była jedyną kobietą żyjącą wówczas na Ziemi, chodzi raczej o to, że jedynie potomstwo jej potomstwa dożyło współczesności. Sztafeta pokoleń dzielących nas od początku rodzaju ludzkiego liczy sobie mniej więcej 100 000 pokoleń łowców-zbieraczy, 500 pokoleń rolników i ostatnie dziesięć pokoleń cywilizacji uprzemysłowionej. Pozwala to nam uzmysłowić sobie, jak niewiele dzieli nas od naszych przodków i jak bardzo cudaczny jest nasz sposób życia, brany przez wielu za oczywistość. 95% historii człowieka polegało na mniej lub bardziej koczowniczym trybie życia łowców zbieraczy.

Podaj dzidę

Poziom współpracy we współczesnych ludzkich społecznościach koczowniczych jest niespotykany, jeśli wziąć pod uwagę inne naczelne. Dużą część opieki macierzyńskiej sprawują mamy niespokrewnione z dzieckiem, wiele czynności zapewniających przetrwanie odbywa się na zasadzie kooperacji, zdobyte pożywienie jest dzielone pomiędzy członków zbiorowości. Od najmłodszych lat ludzie wykazują zaskakująco dużą skłonność do troski o innych, równy podział, zwłaszcza wobec przedstawicieli swojej grupy. Dzieci do 3-4 roku życia zachowują się dość egoistycznie, potem jednak, do 8 roku życia przejawiają wyraźnie egalitarne skłonności.

Dotychczasowe myślenie o ludzkiej skłonności do kooperacji z obcymi zakładało, iż jest ona wytworem czasów, gdy ludzkie społeczności składały się tylko z członków spokrewnionych ze sobą. Skoro ktoś należał do grupy, pomoc mu się należała. Pomaganie ludziom z nami spokrewnionym daje naszym genom pośrednie korzyści, w skutek mechanizmu znanego jako dobór krewniaczy. Im bardziej ktoś jest ze mną spokrewniony, tym bardziej opłaca mi się udzielać mu bezinteresownej pomocy, jako, że większa jest szansa, że jest on nosicielem takich samych alleli danego genu (dla bliźniąt jednojajowych wynosi ono 1, dla rodzeństwa 0,5, dla kuzynostwa 0,25). Tłumaczyłoby dlaczego pomagamy osobom, co do których istnieje uzasadnione podejrzenie, że są z nami spokrewnione. Osoby obce łapałyby się na naszą życzliwość niejako na doczepkę.

Czy my się znamy?

Analiza struktury współczesnych społeczności zbieracko-łowieckich pokazuje jednak, że sprawa może wyglądać inaczej. We wszystkich 32 przebadanych kulturach, dorosłe rodzeństwa bardzo często zamieszkują razem, wymuszając kontakt mężczyzn z danej społeczności z ich zięciami (z założenia niespokrewnionymi). Można wysnuć stąd wniosek, iż sieć społeczna q tych kulturach opiera się na damsko-męskich parach i wynikających z nich powiązaniach rodzin, tworzących takie relacje, jak żona brata czy żona syna. W świetle obecnej wiedzy jest to sytuacja niespotykana u innych naczelnych. Część naukowców komentujących pracę sugeruje jednak, że może to wynikać z faktu, iż nie dość dobrze poznaliśmy ich zwyczaje. Autorzy spekulują, że wspólne zamieszkiwanie mogło przyczyniać się do redukowania napięć pomiędzy niespokrewnionymi ze sobą samcami. Jest to o tyle istotne, że gatunek ludzki wydaje się być filopatryczny - tęskni za domem i wraca do miejsca narodzin i zamieszkania. Większa tolerancja na niespokrewnionych bliskich naszych krewnych umożliwiła wspólne koczowanie i częstsze pokojowe interakcje osobom, które w przeciwnym razie szczerzyły by na siebie zęby, potrząsając dzidą.

Mechanizm ten mógł doprowadzić do powstania społeczności składających się z zamieszkujących blisko siebie braci i sióstr, z konieczności przyjmujących pod swój dach ich partnerów, wywodzących się z innych grup. Analiza powiązań pomiędzy poszczególnymi ich członkami pokazuje, że z punktu widzenia typowej jednostki, zazwyczaj jedynie 10% grupy stanowi jej bliska rodzina. Przykładowo, u Indian Ache z Paragwaju, czwarta część członków społeczności jest spokrewniona ze sobą dalej niż przez pięć stopni (z czego maksymalnie dwa stanowią małżeństwa). Podobny odsetek stanowi bliższa i dalsza rodzina partnera łącznie, ponad jedną czwartą członków społeczności łączą inne relacje, dalsze niż krewni krewnych.

Swój do cudzego

Kim Hill i prowadzony przez niego zespół badaczy odpowiadający za analizę struktury społeczności zbieracko-łowieckich, wskazują na to, że właśnie owa matrymonialnie motywowana płynność społeczeństw ludzkich mogła być kluczowym czynnikiem stymulującym rozwój współpracy pomiędzy ich członkami. Liczba innych przedstawicieli swojego gatunku, z którymi spotykał się w ciągu swojego życia przeciętny człowiek jest o dwa rzędy wielkości większa, aniżeli w wypadku przeciętnego szympansa. Obsługa tak gęstej sieci powiązań społecznych wymagała większego mózgu, zdolnego do przetwarzania tak dużej ilości informacji społecznych. Badacze sugerują, że skutkowało to także intensywniejszym przepływem informacji, przynoszonych z różnych zakątków ówczesnego świata, przyczyniając się do wzajemnego uczenia się od siebie członków różnych grup. A tym samym, do tworzenia się tego, co nazywamy dziś ludzką kulturą (rozprzestrzeniania się memów, jak chcą niektórzy). Czy wreszcie - rozwoju innowacji.

Badacze sugerują, że wymuszone wspólne zamieszkiwanie niespokrewnionych ze sobą osób wyjaśniać może dlaczego ludzie gotowi są, by pomagać nieznajomym. Biorąc pod uwagę strukturę naszych społeczności, w historii ewolucyjnej naszego gatunku mieliśmy prawdopodobnie wiele okazji, by nauczyć się znosić ludzi niebędących naszymi krewnymi (jakby znoszenie krewnych zawsze było takie proste!). Badania przeprowadzane na Bałkanach pokazały swego czasu, że spośród obszarów dotkniętych czystkami etnicznymi, przemoc była najmniejsza w rejonach, w których przedstawiciele zwaśnionych grup częściej wchodzili ze sobą w związki małżeńskie. Jak to bywa w badaniach korelacyjnych, istnieje oczywiście ryzyko pomylenia przyczyny ze skutkiem, wygląda jednak na to, że wżenianie się między siebie przedstawicieli wrogich sobie grup, z biegiem czasu dość skutecznie redukuje napięcia między nimi.

Życie brutalne i krótkie


W myśleniu o źródłach ludzkiej życzliwości względem siebie często pojawia się wątek okrucieństwa i bezprawia, jakie panuje jakoby w społeczeństwie pozbawionym suwerena w postaci władcy. Taką wizję zarysował swego czasu Thomas Hobbes, XVII-wieczny filozof brytyjski, nazywając życie człowieka wojną wszystkich, przeciwko wszystkim. Wydawać by się mogło, że bez zorganizowanych struktur władzy i zależności trudno mówić o egzekwowaniu praw i obowiązków, a tym bardziej współpracy. Obserwacja afrykańskiej społeczności Turkana pozwala przypuszczać, że trudno o bardziej błędny pogląd. Badacze z University of California przepytali 118 mężczyzn tego plemienia, skupiając się na stosowanych przez nich mechanizmów zapewniania płynności współpracy (czyt., karania gapowiczów). Lud Turkana, w liczbie niemal pół miliona ludzi, wiedzie żywot wędrownych pasterzy, zmieniających miejsce zamieszkania w poszukiwaniu nowych zielonych pastwisk dla swojego bydła - wielbłądów, zebu, osłów czy kóz. Innym stałym elementem stylu życia Turkana są okresowe najazdy na sąsiednie plemiona, mające na celu uzupełnienie pogłowia bydła. Wyprawy łupieżcze tego typu liczą sobie nawet do kilkuset niespokrewnionych mężczyzn i w niektórych wypadkach kończą się śmiercią kilku uczestników. Skutkuje to pewnym odsetkiem dezercji jeszcze przed walką i ucieczek z pola bitwy (zdarzających się nawet w 40% najazdów).

Łagodne przypadki tchórzostwa spotykają się ze słownymi reprymendami i pogadankami ze strony współplemieńców. Uciekinierów kara się niekiedy znacznie bardziej dotkliwie, przywiązując ich do drzewa i wymierzając im kary fizyczne, najczęściej w postaci pobicia z rąk członków społeczności. Funkcjonują także kary w postaci grzywny. Nie ma natomiast wśród Turkana wyznaczonych sił porządkowych - do reguł określających postępowania w wypadku złamania zasad współżycia stosuje się ogół członków grupy. Co ciekawe, Turkana mają bardzo niskie statystyki popełnianych morderstw, odpowiadających jedynie za 1% śmiertelności dorosłych mężczyzn. Połowa mężczyzn umiera w wyniku potyczek z innymi plemionami. Dzisiejsze konflikty rozwiązywane są przy użyciu broni palnej, która znajduje się w posiadaniu większości mężczyzn Turkana. Najwyraźniej jednak, używa się jej niemal wyłącznie wobec członków innych plemion. Wydaje się, że reguły postępowania i konsekwencja w ich przeprowadzaniu zapewnia korzyści całej, liczącej sobie setki tysięcy osób, społeczności, mimo, że jej członkowie są od siebie oddaleni nierzadko o setki kilometrów. Wszystko to odbywa się wobec braku jakichkolwiek struktur politycznych.

Badacze wskazują, że podobne reguły postępowania mogą zapewniać spójność na poziomie większych zbiorowości, takich jak grupy władające tym samym językiem, będące częścią tej samej kultury. Inne badania wskazują zresztą, że np. w rozmowie telefonicznej bardziej skłonni jesteśmy pomagać ludziom mówiącym gwarą podobną do naszej. Chętnie pomagamy ludziom, zwłaszcza, gdy są do nas podobni. Przynajmniej trochę.


grafika:

Źródło:
Hill KR, Walker RS, Bozicević M, Eder J, Headland T, Hewlett B, Hurtado AM, Marlowe F, Wiessner P, & Wood B (2011). Co-residence patterns in hunter-gatherer societies show unique human social structure. Science (New York, N.Y.), 331 (6022), 1286-9 PMID: 21393537
Mathew, S., & Boyd, R. (2011). Punishment sustains large-scale cooperation in prestate warfare. Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America PMID: 21670285