czwartek, 10 września 2015

Crisis on Infinite Theories

ResearchBlogging.orgWTEM! Wszystkie badania psychologiczne są nieprawdziwe a miejsce podręczników do psychologii jest w koszu (koniecznie z makulaturą, można też przekazać mi)! Ponieważ już za miesiąc wracam do studentów, którzy zdecydowali się poświęcić najpiękniejsze lata swojego życia na zgłębianie tej dziedziny wiedzy, powinienem mieć w zanadrzu kilka odpowiedzi. Choćby na potrzeby swojego spokoju ducha ponieważ ja te lata mam już za sobą. Poza tym, obiecałem kilku osobom, że coś w końcu napiszę. Dla przypomnienia:

U mnie działa


Zespół ponad 270 badaczy z całego świata, kierowany przez Briana Noseka z University of Virginia od 2011 r., przeprowadził Reproductibility Project: Psychology, Wielką Replikację - szeroko zakrojony projekt mający na celu powtórne uzyskanie wyników 100 badań opublikowanych w trzech wiodących czasopismach naukowych z dziedziny psychologii. Jedną z kluczowych idei w nauce jest bowiem replikowalność badań - wyniki uzyskiwane przez jednych badaczy powinny być powtarzalne jeśli podobne doświadczenie przeprowadzi inny zespół w takich samych warunkach. Jest to o tyle ważne, że dzięki temu wiemy np., że woda nie ma pamięci, mimo, że niektórym tak wychodziło a do zimnej fuzji wciąż jeszcze długa droga, choć niektórzy myślieli, że już tam są. Swego czasu opublikowano też na przykład sfabrykowane badania wykazujące nieistniejący związek między pewnymi składnikiem szczepionek a pojawianiem się u dzieci autyzmu. Tezę tę dawno już zweryfikowano negatywnie ale problem pozostał a nawet narasta.

Przykłady te pochodzą z nauk ścisłych, gdzie wyniki są powtarzalne w dość wysokim stopniu. Pamięć wody nie zależy od polityki historycznej danego państwa (choć np., naukowcom chińskim częściej udaje się wykazać, że akupunktura działa, tu mówimy jednak o badaniu czegś znacznie bardziej subiektywnego - ludzkiego samopoczucia). Oczywiście w psychologii nie ma mowy o tak klarownej sytuacji. Podstawowy obiekt zainteresowania psychologów jest bardzo niewdzięczny jeśli chodzi o powtarzalność badań. Nie od dziś wiemy, że typowy obiekt badawczy psychologii - larwalne stadium psychologa zwane ZWUBLem (z ang. WEIRD) jest absolutnie atypowym przedstawicielem ludzkości. Studenci psychologii różnią się od reszty ludzkości (everyman to 28-letni mężczyzna z Chin) tak bardzo jak to tylko możliwe, co psychologowie wykazali już dawno temu (Henrich, Heine, Norenzayan, 2010). W zachowaniach społecznych człowieka - a m.in. te bada psychologia - ogromną rolę odgrywa np. kultura, w której dany człowiek wzrasta, na wyniki badań wpływ zaś np. to, czego spodziewa się po badaniu. Kiedy z kolei pytamy osoby badane o to, jak zachowałyby się w danej sytuacji, w zasadzie nie mamy co liczyć na wiarygodną odpowiedź. Z jednej strony wykazano, że w dużej liczbie sytuacji jesteśmy zupełnie ślepi na czynniki, które wpływają na nasze decyzje, z drugiej strony, kwestionariusze samoopisowe nie pozwalają na szczególnie skuteczne przewidywanie zachowania.

Wielka Replikacja (lub jej brak)


Ku zaskoczeniu nikogo, zreplikować udało się niewielki odsetek badań. Raptem 35 z nich powtórzono z wynikiem wskazującym na podobną istotność statystyczną wyniku jak za pierwszym razem. Test istotności statystycznej pozwala na oszacowanie prawdopodobieństwa uzyskania podobnych zależności w sytuacji, gdyby wynik był dziełem przypadku. W naukach społecznych uznaje się, że wartością graniczną od której mówimy o akceptowalnym prawdopodobieństwie jest 0,05 (i mniej). Mówimy więc o szansy 1 na 20 że stwierdzamy istnie zależności, której nie ma. Jeśli zbadamy dostatecznie dużą liczbę hipotez, by dało się znaleźć wśród nich dwadzieścia błędnych, przyanajmniej jedna z nich nie zostanie wyłapana. Wykazywano już wielokrotnie, że podobny wynik można podkręcić, odpowiednio dzieląc grupy, które porównujemy lub wyłączając z badania osoby których wyniki uznajemy za zbyt odstające. Świadomie lub nie, można w ten sposób uzyskać wyniki zgodne z naszymi oczekiwaniami. Na przykład to, że ludzie, których losowo przydzieliliśmy do dwóch grup byli młodsi jeśli później wysłuchali When I'm Sixty Four Beatlesów. Trzeba również odróżnić istotność statystyczną od siły efektu. Istotne statystycznie wyniki nie oznaczają silnych zależności i związków, te mierzy się w inny sposób.

Sprawa nie jest do końca jasna - możliwe, że prawdziwym
powodem jest żywność organiczna. Źródło.
Warto zauważyć, że od dłuższego czasu w psychologii mówi się o tym, że nie jest to szczególnie skuteczna metoda. Szczególnie jeśli jest stosowana bezmyślnie w wypadku korelacji. Jeśli dobrze pogrzebać w danych, można uzyskać piękny wykres pokazujący nieistniejące zależności.

Nie oznacza to oczywiście, że pierwotne wyniki zostały sfałszowane. Istnieją różne powody, dla których nie udało się ich potwierdzić. Mógł to być wynik przypadku, poza prawdopodobieństwem popełnienia błędów pierwszego rodzaju (fałszywie pozytywnych) jest też szansa popełnienia błędu drugiego rodzaju (fałszywie negatywnych). Przyczyną mogły być też drobne różnice w planie badań czy okolicznościach (ważne wydarzenia, które miały wpływ na jedną społeczność a na inną nie). Wreszcie, pierwotne badanie mogło być już na wstępie owym fałszywym pozytywem. Odsetek niezreplikowanych badań jest jednak zbyt duży, by zignorować wyniki badania.

Co się właściwie stało?


Bąki psychologii. Wykresy pokazujące rozkład wartości p (istotność statysyczna) (B) i rozkład wartości siły efektu (B). W pierwotnych badaniach większość wartości p mieściła się poniżej ulubionej przez badaczy wartości granicznej 0,05. Wyników nieistotnych statystycznie prawie nie było. Pierwotne badania pokazywały też silniejsze efekty niż replikacje. Źródło
Ze pierwotnych badań aż 79% osiągnęło istotność statystyczną. W replikacji dotyczyło to tylko 36%. "Zbiorczy" efekt wszystkich wyników replikacji był o połowę mniejszy niż zbiorczy wynik pierwotnych badań. Analiza korelacji różnych czynników związanych z badaniami pozwala przypuszczać, że lepiej replikowały się te badania, które na starcie miały silniejszy efekt. Innymi słowy, czynniki zewnętrzne (np. doświadczenie zespołu badawczego) miały mniejsze znaczenie.

Psychologia (i nie tylko) jest w "kryzysie" nie od dziś i nie tylko z tego powodu


Wielu Czytelników i Czytelniczek bloga pamięta pewni aferę wywołaną przez Diederika Stapela. Okazało się, że ten uznany w swojej dziedzinie badacz przez wiele lat fabrykował dane i publikował wyniki nigdy nie przeprowadzonych badań w czołowych czasopismach. Sprawa przetoczyła się jak burza przez środowisko psychologów społecznych i nie tylko, poważnie podkopując zaufanie do badań w tej dziedzinie. Wycofanych zostało 55 artykułów z najbardziej prestiżowych czasopism. Stapel dobrowolnie poddał się karze, skutkiem czego konsekwencje, które go spotkały były dość łagodne. Oczywiście napisał ksiązkę. Unaocznił jednak dość istotny problem - mechanizm peer review stanowiący jeden z fundamentów współczesnej nauki, przez wiele lat nie zdołał wykryć działalności sprytnego oszustwa. A przecież, jeśli wierzyć psychologii ewolucyjnej, mamy być na to szczególnie wyczuleni! Głos w sprawie zabrał nawet Daniel Kahneman, jeden z pionierów ekonomii behawioralnej, pisząc list otwarty do badaczy zajmujących się social priming, czyli dziedziną, którą zajmował się Stapel. Chodzi tu o badanie subtelnego wpływu jaki zewnętrzne czynniki mają na nasze myśli i zachowanie. Efekty te mają pozostawać poza naszą świadomością, będąc ledwie uchwytnymi. Wydaje się, że szczególnie łatwo tu o fałszywe pozytywy. Stapelowi udało się "wykazać" np. że ludzie nieświadomie zwalniają kroku jeśli posłuchają muzyki przywodzącej na myśli podeszły wiek (skojarzenia ze wspomnianym na początku badaniem zapewne uzasadnione).

Hierarchia nauk jest już oficjalna. Pewne dziedziny
mają większe problemy z przejrzystością (choć mają
 je wszystkie) - im bardziej miękka nauka tym więcej
uzyskuje podejrzanie pozytywnych wyników
 CC BY 3.0 Daniele Fanelli, źródło
Oczywiście tego typu wpadki zdarzały się też innym dziedzinom nauki. Zasadniczo bardziej znane są oszustwa z dziedziny nauk biomedycznych (pamiętacie doniesienia o sklonowaniu człowieka?) i fizyki. Niedawno przeprowadzona analiza, oparta o bazę publikacji okołomedycznych PubMed, wykazała ponad 800 prac wycofanych w latach 1973-2012 z powodu oszustwa. A zakrojona na nieco mniejszą skalę próba replikacji badań nad lekami pozwoliła na replikację tylko ok. 25% wyników.

W międzyczasie okazało się jeszcze, że w porównaniu z innymi dziedzinami nauki, psychologia ma podejrzanie dużo pozytywnych wyników. Co oznacza, że jest duża szansa, że te negatywne - szczególnie istotne - są zamiatane pod dywan; niekoniecznie z premedytacją ale w wyniku odmowy ich publikacji przez redakcje czasopism. W 2011 roku sprytnie wykazano również jak łatwo jest osiągnąć wynik fałszywie pozytywny nie robiąc niczego z definicji złego, o czym pisałem na początku. W każdym badaniu dokonuje się wyborów dotyczących doboru próby, podziału grup i wyłączania pewnych osób, co nie pozostaje bez wpływu na uzyskane wyniki.

Wreszcie, już w 2005 roku zwracano uwagę, że pewne mniej lub bardziej powszechne braki metodologiczne mogą powodować, że teoretycznie większość opublikowanych pozytywnych wyników badań może być fałszywa. Przyczyniają się do tego małe próby, małe wielkości efektów (wskazujące na to, jak duże są dane różnice w kontekście zmienności danych cech w danej próbie) ale też i finansowe zyski płynące z uzyskania pozytywnych wyników lub nośność danego tematu. To oczywiście nie koniec problemów z psychologią. Można o nich pisać rozprawy doktorskie (co Łukasz Budzicz, mój kolega z instytutu, zresztą zrobił*). Świetne książki pisze o tym również Tomasz Witkowski.

Nauka at its best

Cygnus atratus - oto i twoja refutacja. CC BY 3.0 Kiril Krastev

Co dalej z tą psychologią? W pewnym sensie, porażka Wielkiej Replikacji stanowi przejaw zdrowego działania mechanizmów korygujących nauki (szkoda, że mówimy o odosobnionej inicjatywie). Warto pamiętać, że w filozofii nauki przyjmuje się, że każdy wynik badania może posłużyć jedynie do uprawdopodobnienia danej hipotezy. Nigdy zaś nie może stanowić jej definitywnego potwierdzenia, o czym dobitnie mówił nam Karl Popper. Ten austriacki filozof wskazał na pewną asymetrię pomiędzy potwierdzaniem a falsyfikowaniem (wykazywaniem sprzeczności z rzeczywistością) dowolnego twierdzenia. Logicznie rzecz biorąc, nigdy nie uzyskamy dostatecznej liczby potwierdzeń dla danej hipotezy, żeby można o niej mówić, że jest na pewno prawdziwa. Choć jako ludzie mamy tendencję do preferowania potwierdzeń naszych przekonań, warto pamiętać, że wystarczy jedna ich refutacja, żeby stojąca za nimi hipoteza okazała się fałszywa. Jak w klasycznym przykładzie - może i wszystkie łabędzie, które widzieliśmy są białe ale to nie znaczy, że jest tak na całym świecie. Każda prawda nauki jest w pewnym sensie najmniejszym złem, najlepszym możliwym na daną chwilę przybliżeniem. Naszym, jako naukowców (nastoletni Michał miałby wypieki na twarzy wiedząc, że kiedyś napisze te słowa), zadaniem jest w pewnym sensie właśnie mozolne weryfikowanie wcześniejszych ustaleń w celu odsiewania ziaren od plew. Dopiero, kiedy dany efekt uda się osiągnąć wielokrotnie (przy odtworzeniu pierwotnych warunków), można mówić o wysokim prawdopodobieństwie danej hipotezy.

Dopiero duża próba pozwoli nam uzyskać wnioskować z dużym prawdopodobieństwem uniknięcia błędu (ale nigdy pewnością!). Jeśli na podstawie kilku przedstawicieli danej kategorii wnioskuję o całości grupy, łatwo o pomyłkę. Podobny błąd popełniają osoby wieszczące koniec globalnego ocieplenia na podstawie łagodnej zimy lub chłodnego lata. Pamiętacie ich jeszcze?

Warto zauważyć również, że samej publikacji towarzyszy ogromna ilość materiałów uzupełniających (których istnienie samo w sobie nie jest dziwne, często towarzyszą publikacjom naukowym), stanowiących techniczne "mięso" "tofu" publikacji. Autorzy stosują się do standardów, które sami testują i umożliwili pełną replikację swojego badania, łącznie z udostępnieniem danych surowych (gdzie można zobaczyć listę sprawdzanych publikacji) i skryptu służącego do policzenia wyników. Staje się to coraz powszechniejszą praktyką i umożliwia pełne realizowanie powtarzalności wyników. Dzięki temu każdy zespół badawczy na świecie może poprosić dyrektora swojego instytutu o trochę pieniędzy na papier ksero i upominki dla uczestników badań, celem podjęcia próby powtórzenia (lub nie) uzyskanych przez kogoś wyników.

Reasumując, próby replikacji stanowią fundament działania nauki jako procesu uzyskiwania jak najdokładniejszego przybliżenia rzeczywistości (a przecież mamy te całe mosty, które się nie zawalają, jesteśmy w stanie trafić lądownikiem w kometę, prawie wyeliminowaliśmy już kilka chorób, przywracamy słuch i z telefonu komórkowego mamy dostęp do całej wiedzy na świecie. Porażki replikacji są nam niezbędne byśmy wiedzieli lepiej. Jak w tym żarcie z neutrino**.

Co nam zostało z psychologii?


Przykładem badania, którego nie udało się zreplikować jest to, w którym czytanie fragmentu Zdumiewającej hipotezy Francisa Cricka powodowało, że ludzie byli bardziej skłonni do skorzystania z możliwości oszustwa przy rozwiązywaniu zadań matematycznych.
I całe szczęście, ktoś mógłby powiedzieć. Wiedza na temat neurobiologicznych podstaw świadomości staje się coraz powszechniejsza, co i rusz dowiadujemy się, że jesteśmy tylko pęczkiem neuronów a wolna wola jest wrażeniem wynikającym ze zwrócenia uwagi na stan aktywacji kory przedruchowej. Jeśli miałoby to powodować, że stajemy się coraz mniej empatyczni - dość szybko pojawiłyby się pytania o to, na ile powinniśmy upowszechniać wyniki badań w tym nurcie. Wiara w wolną wolę byłaby fundamentalna dla funkcjonowania społeczeństwa i a wiedza neurobiologiczna stałaby się tabu.

Uzyskane za drugim razem wyniki były zbliżone do pierwotnych ale zależność była znacznie mniej wyraźna. Było to zresztą najczęściej cytowane z badań które wzięto pod uwagę w projekcie. Nie oznacza to oczywiście, że badacze słafszowali wyniki lub zrobili kiepskie badanie. Warto jednak pamiętać, że znaczenie wyników podkreślały przede wszystkim media, różni badacze zaś zalecali daleko idącą ostrożność.

Reasumując


Już od jakiegoś czasu wiemy, że duża część badań psychologów pozostawia sporo do życzenia. Mankamenty publikacji z tej dziedziny nie są jednak ograniczone tylko do niej - problemy z replikacją mają również nauki ścisłe. Nie oznacza to, że z psychologią jest mniej źle, trudno jednak mówić o nagłym powrocie do stanu zupełnej niewiedzy. Projekt Replikowalność jest paradoksalnie przejawem tego, co w nauce najlepsze.

* Inny znajomy pisze pracę magisterską o problemach z mocą statystyczną badań psychologicznych, czekam, aż będę mógł podlinkować
** Szło to tak:
-Neutrino!
- Kto tam?

Literatura:
Open Science Collaboration (2015). Estimating the reproducibility of psychological science Science, 349 (6251) : 10.1126/science.aac4716

niedziela, 26 sierpnia 2012

strach ma konserwatywne odchylenie

ResearchBlogging.orgPsychologowie i psychologiczni beletryści od dłuższego czasu przeczuwali związek pomiędzy odczuwaniem zagrożenia a skłonnością do ulegania urokowi silnych jednostek, wodzów, prezentujących jasne i proste zasady, w których rzeczy są albo czarne albo białe. Nicola Machiavelli zasugerował swego czasu, że dla władcy lepiej jest być przedmiotem strachu niż uwielbienia. Wiele stuleci później, Erich Fromm napisał o "ucieczce od wolności", w bezpieczeństwo jakie dać może autorytaryzm. Podobne wątki znaleźć można w intelektualnej spuściźnie Theodora Adorno, sugerującego istnienie "osobowości autorytarnej", konstrukcji psychicznej szczególnie skłonnej do gloryfikacji silnej władzy i przyzwalającej na niedemokratyczne metody.

Jak się pewnie domyślacie, piszę o tym wszystkim dlatego, że jakieś niedawne badania sugerują, że coś może być na rzeczy. Rzeczywiście. Od dawien dawna znaleźć można jednak wiele dowodów wskazujących na to, że poczucie zagrożenia związane jest ze skłonnością do przejawiania poglądów określanych zbiorczo jako konserwatywne.

Zauważono na przykład, że w okresach społecznego niepokoju (wysokiego bezrobocia, szalejącej przestępczości, konfliktów zbrojonych), ludzie uzyskują wyższe wyniki na skalach mierzących akceptację dla autorytaryzmu. I od innej strony, ludzie o wysokich wynikach silnie reagowali na niosące zagrożenie słowa i inne bodźce. Pewnym ponurym okresem urodzaju na tego typu doniesienia był okres po 11.09.2011 (i po późniejszych zamachach w Madrycie), kiedy to przebadano setki osób w wielu różnych badaniach, wyraźnie wskazujących na to, że rośnie społeczna akceptacja dla ograniczania wolności obywatelskich w imię walki z zagrożeniem. Zauważono wtedy również, że poparcie dla George'a Busha rosło wraz z poziomem zagrożenia terrorystycznego. Przebadane pod kątem poglądów osoby dotknięte zamachami bezpośrednio również deklarowały zmiany w kierunku spektrum autorytarnego, niezależnie od wcześniejszych decyzji wyborczych. Zauważono wreszcie, że ludzie postrzegający świat jako miejsce niebezpieczne uzyskują wyższe wyniki w pomiarach skłonności do popierania postaw autorytarnych. Udało się wykazać istnienie tego związku przy pomocy różnych paradygmatów badawczych, co pozwala przypuszczać, że z dużym prawdopodobieństwem mamy do czynienia z realnie istniejącą zależnością (sprawdzić, czy nie D. Stapel).

Jednym z badaczy, który wyprodukował już kilka prac w tej dziedzinie jest John Jost. *Pisałem już kiedyś o przeprowadzonej przez niego metaanalizie, w której badacz dokonał podsumowania poszukiwań czynników korelujących z konserwatywnymi poglądami politycznymi. Wyszło mu między innymi, że dużą rolę odgrywa w tym wypadku potrzeba radzenia sobie z niepewnością i poczuciem zagrożenia (jest tam taki śliczny diagram, zobaczcie go koniecznie). Od tego czasu zależność między awersją do niejednoznaczności, potrzebą wyraźnej struktury i niechęcią do nowości a politycznym konserwatyzmem została jeszcze bardziej ugruntowana empirycznie. Na marginesie, powtarzające się w pewnych dziedzinach nazwiska badaczy sprawiają, że zaczynam się z nimi zżywać. Niemal z wypiekami na twarzy śledzę losy moich ulubionych bohaterów, niczym serialowych postaci, wyczekując kolejnych publikacji. Pewną rynkową niszą wydaje się być segment pasjonatów nauki, być może chętnych do powieszenia plakatu z ulubionymi badaczami czy postawienia na biurku figurki (ja bym postawił). Ja z badaczy lubię jeszcze szczególnie Nettle'a, Berringa i Schallera, a Wy?

Przyglądając się funkcjonowaniu liberałów, zauważono z kolei, że lepiej radzą sobie w zadaniach wymagających poznawczej elastyczności, przełamywania reakcji odruchowych czy radzenia sobie ze sprzecznościami. Można znaleźć badania pokazujące, że duża tolerancja na niejednoznaczność idzie w parze z liberalnymi poglądami politycznymi. Wydaje się tym samym, że osoby o konserwatywnych poglądach mogą preferować znane rozwiązania, dlatego, że są im znane, a tym samym - nie są zagrażające. Zmiany status quo napawają ich niepokojem, osoby te są więc niechętne dużym zmianom o charakterze społecznym. Bo kiedyś (np. za komuny) było lepiej, wiadomo także, że nie ma już takich ludzi jak kiedyś.

Nie od dziś wiadomo również, że poczucie zagrożenia i emocje, które wywołuje - strach i lęk - w znacznym stopniu odbijają się na naszym zachowaniu, ale także na funkcjonowaniu poznawczym. W takich sytuacjach ludzie miewają trudności z podejmowaniem decyzji a ich uwaga skupia się na źródle zagrożenia. Powracające myśli o nim ograniczają liczbę zasobów poznawczych jakimi dysponujemy w danej sytuacji. Badani postraszeni porażeniem elektrycznym w wypadku błędnej odpowiedzi stają mniej uważni i systematyczni, co skutkuje gorszymi wynikami. Podobnie wpływają na nas dystraktory. W hałasie, pod presją czasu i będąc zmęczonymi w mniejszym stopniu skłonni jesteśmy zagłębiać się w temat w poszukiwaniu niuansów i wytężać nasz intelekt (z czego płynie ważna lekcja, by nigdy nie podejmować ważnych decyzji odbierając poród). Wykazano także, że jedną z rzeczy, które doskwierają ludziom odczuwającym strach jest odczucie braku kontroli nad sytuacją. Można więc przypuszczać,  iż bardziej będą skłonni, by - celem przywrócenia światu uporządkowania - uciec się do mniej wyrafinowanych sposobów postrzegania świata. Pewną formą redukowania niepokoju związanego z niejednoznacznością jest np. uciekanie się do hierarchicznej struktury. Tworzy ona uporządkowaną sytuację w której w razie potrzeby można uciec się do autorytetu, zdając się na jego rozeznanie. Kiedy myśli za nas silna ręka (lub raczej głowa), której możemy zaufać, w znakomity sposób redukuje to poczucie niepewności. Zwłaszcza, gdy jasnym staje się, kto jest dobry, a kto zły. Angielski termin określający to, co dzieje się z funkcjonowaniem poznawczym człowieka w takim stanie - motivated closed-mindedeness - trudno jest przełożyć na język polski, nie podejmę się więc tego, zostawiając go w oryginale.

Żeby dorzucić swój kamyczek do ogródka badań na temat, Jost i Thórisdóttir przeprowadzili kilka eksperymentów, w ramach których przetestowali hipotezę o wpływie czynników sytuacyjnych (poczucia zagrożenia) na pojawienie się u badanych tendencji do motivated closed-mindedness. W badaniu wzięli udział oczywiście studenci (N = 48; 28♀, 20♂). Poproszono ich o przypominanie sobie trzech (warunek łagodnego zagrożenia) i dwunastu (duże zagrożenie) sytuacji ze swojego życia, kiedy czuli się przerażeni. Warto zauważyć, że ze względów etycznych, w psychologii tak naprawdę nie straszy się badanych. Uczestnicy badania wypełnili także kwestionariusze mierzące potrzebę domknięcia poznawczego (wyjaśnienia sytuacji dwuznacznej) i inne komponenty motivated closed-mindedness. Nie pisałbym o tych wynikach, gdyby nie okazały się zgodne z hipotezami badaczy, związek był jednak niezbyt silny i na granicy istotności statystycznej. Badani postraszeni bardziej uzyskali wyższe wyniki, w większym stopniu postrzegali także świat jako miejsce niebezpieczne.

Kolejna grupa studentów New York University (N = 71; 52♀, 19♂) odpowiadała na pytania związane z odczuwanym zagrożeniem ze strony terrorystów. Ich odpowiedzi zignorowano, badanych przydzielono losowo do grup, które informowano, że uzyskały wyniki wysoki i niskie. Następnie poproszono ich o wypełnienie kwestionariuszy i zadeklarowanie własnych poglądów na skali liberalizm-konserwatyzm. Jak można się było domyśleć, grupa pierwsza powtórzyła wyniki z poprzedniego badania i okazała się bardziej konserwatywna. Kluczowym czynnikiem okazały się być wyniki na skali motivated closed-mindedness. Z badania tego płynie jednak jeszcze jeden istotny wniosek. Inne wyjaśnienia skłonności do deklarowania poglądów konserwatywnych w obliczu zagrożenia wskazują na radykalizowanie się wcześniej podzielanych poglądów (religijnych, politycznych), niezależnie od ich "bieguna". Jako, że studenci znani są z bycia raczej liberalnymi, w myśl tej teorii, powinni byli stać się liberalni jeszcze bardziej. Tak się jednak nie stało, co wskazuje na słuszność koncepcji motivated closed-mindedness (no cóż, nie uciekniemy od tego, że oznacza to celowo zamknięty umysł!).


Skoro o liberalnych studentach mowa. Badacze postanowili przebadać także osoby o poglądach odmiennych. Udali się w tym celu na zjazd Islandzkiej Partii Niepodległości, reprezentującej centroprawicę w tradycyjnym i nieadekwatnym podziale. Uzyskali tam zaskakująco dużą liczbę odpowiedzi (N = 481; 28%♀,  72% ♂). W zależności od grupy, badani czytali o zagrożeniu wobec a) systemu ekonomicznego Islandii, b) swojej partii, c) nich samych, d) nic nie czytali (Polacy stanowią doskonałą grupę grupę kontrolną w takiej sytuacji). Badacze nie omieszkali nadmienić, iż badanie odbyło się przed zapaścią gospodarczą w 2008 roku i zanim jeszcze jej zwiastuny stały się wyraźne. Wszystkie trzy postraszone grupy udzielały bardziej konserwatywnych odpowiedzi w pytaniach o kwestie społeczne i polityczne - badanych pytano m.in. o poparcie dla akcji afirmatywnych, prywatnej służby zdrowia, podatków progresywnych, przywilejów podatkowych dla przedsiębiorstw. Osoby te przejawiały też bardziej zamknięte umysły w porównaniu z grupą kontrolną.

Wnioski nasuwają się same, teraz jest jednak publikacja, do której można się odwołać.

Grafika:
CC-BY-NC-SAr2hox (Sam3)
CC-BY-NC-ND kalevkevad
CC-BY-NC RJ (Sam3)

Źródło:
Thórisdóttir, H., & Jost, J. (2011). Motivated Closed-Mindedness Mediates the Effect of Threat on Political Conservatism Political Psychology, 32 (5), 785-811 DOI: 10.1111/j.1467-9221.2011.00840.x

czwartek, 19 lipca 2012

zdrowe poglądy

ResearchBlogging.orgWrogie postawy wobec ludzi odmiennych od nas samych wciąż nie są rzadkością w dzisiejszym świecie. Uprzedzenia na tle orientacji seksualnej, narodowości, wyznania czy poglądów politycznych przejawia, lub nawet otwarcie zdradza, znaczna część społeczeństwa. Ze stygmatyzacją spotykają się ludzie upośledzeni fizycznie, starsi i chorzy. Wielu z nas, niekoniecznie świadomie, unika siadania obok tych osób. Niedawne sondaże, które przeprowadzono równolegle w wielu krajach Europy potwierdzają, że podobne postawy są obecne i dziś. Dla przykładu, 88% Polaków jest przeciwnych równouprawnieniu par tej samej płci, 40% z nich uważa, że pomiędzy różnymi grupami etnicznymi panuje naturalna hierarchia. Badania dotyczące ukrytych postaw pokazują, że większość ludzi może postrzegać osoby odmiennej rasy nieco negatywnie. Doświadczenie i wyniki badań psychologów społecznych potwierdzają, że niewiele trzeba, żebyśmy zaczęli postrzegać członków grupy w jakiś sposób opozycyjnej wobec naszej jako gorszych pod różnymi względami. Jak wytłumaczyć niemalże uniwersalną skłonność ludzi do ulegania uprzedzeniom wobec odmienności?

Przypuszczalnie jedną z ostatnich kwestii jakie skłonni bylibyśmy rozważyć w poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie byłaby obawa przed chorobami zakaźnymi. Wyniki wielu badań pokazują, że właśnie tam leżeć może przyczyna naszej obawy wobec odmienności. Z pomocą przychodzą dwie uzupełniające się koncepcje. Pierwsza z nich - behawioralny układ odpornościowy - to termin ukuty przez Marka Schallera, oznaczający psychologiczne mechanizmy profilaktyki. Druga znana jest jako socjofunkcjonalne rozumienie uprzedzeń. Opiera się ona na spostrzeżeniu, iż nie wszystkie uprzedzenia są takie same same, występujące pomiędzy nimi różnice mogą zaś pozwolić na lepsze zrozumienie problemu. Behawioralny układ odpornościowy jest postulowanym sposobem naszego mózgu na nakłanianie nas do takiego zachowania, które pozwala nam unikać zarażenia. Innymi słowy, jest to psychologiczna profilaktyka prozdrowotna. Wczesna prewencja, która w wielu wypadkach sprawia, że przeciwciała okazują się niepotrzebne, gdyż nie dochodzi do kontaktu ze źródłem zakażenia. Termin ten określa zestaw psychologicznych mechanizmów, które mają na celu wykrywanie potencjalnych źródeł patogenów (pasożytów, bakterii i wirusów) w otoczeniu i reagowanie na nie w sposób, który pozwala unikniąć z nimi kontaktu. Ma to daleko idące znaczenie w interakcjach międzyludzkich. Przypuszczalnie mechanizmy te leżą u podłoża uprzedzeń, wpływają na nasze życie seksualne; pośrednio mają także wpływ naszą politykę i różnice międzykulturowe

Po co nam uprzedzenia?

Perspektywa socjofunkcjonalna rozpatruje uprzedzenia jako postawy mające pewną specyficzną funkcję w społeczności. Poszczególne ich postacie, skutkujące minimalizowaniem kontaktu z członkami określonych grup, ograniczają również kontakt z potencjalnymi zagrożeniami dla danej społeczności, reprezentowanymi przez daną mniejszość. Analiza deklarowanych przez Amerykanów odczuć związanych z grupami mniejszościowymi pokazuje, że szczególną rolę odgrywają tam, na przykład, poczucie zagrożenia dla mienia i bezpieczeństwa (w wypadku Afroamerykanów) czy zdrowia i wartości moralnych (w wypadku gejów). Unikanie osób zakaźnie chorych wydaje się czymś logicznym i rozsądnym, jeśli tylko chcemy pozostać przy zdrowiu. Co miałoby jednak skłaniać niektórych z nas do unikania osób zdrowych? Powodem może być fakt, iż nie możemy zobaczyć źródła zagrożenia, jakim są zarazki. Przed wynalezieniem mikroskopu był one niedostępne ludzkim oczom i nikt nie brał ich istnienia na poważnie. Bardzo długo medycyna stała na przerażająco niskim poziomie, nie mając skutecznych środków zaradczych i wyjaśnień dla chorób nękających rodzaj ludzki. Tłumaczono je między innymi ingerencją demoniczną. Trudno było zrozumieć w czym tkwi przyczyna faktu, iż niektórzy z nas zapadają na choroby, a inni nie. Najlepszym przykładem błądzenia po omacku mającego swoje źródłu w braku rozumienia mechanizmów choroby jest całkowicie bezzasadna masowa eksterminacja kotów w czasie epidemii czarnej śmierci. Interwencja ta była nawet szkodliwa, jako, że koty polowały na szczury, będące siedliskiem pcheł, faktycznie roznoszących zarazki. Ponieważ nie widzimy zarazków, musimy polegać na intuicyjnych metodach ich unikania. Jako, że z punktu widzenia naszego przetrwania, lepiej jest wiele razy uniknąć fałszywego zagrożenia niż raz zignorować rzeczywiste, nasze systemy wczesnego ostrzegania przed zarazkami są nadmiernie czułe. Najskuteczniejszą wymyśloną przez ewolucję metodą jest unikanie możliwości zarażenia poprzez unikanie sytuacji potencjalnie chorobotwórczych. Nawet wtedy, kiedy przybiera do dość zabawne formy.

W ciągłym poszukiwaniu zagrożenia


Badania przeprowadzane w laboratoriach psychologów dostarczają zaskakujących przykładów działania tego mechanizmu. Jednym z największych rezerwuarów patogenów w środowisku są zwierzęce odchody. Efektem tego jest silna awersja do wszystkiego, co je przypomina. Tak silna, że obecna nawet w wypadku przedmiotów szczególnie lubianych. Wyniki amerykańskiego badania udowodniły, iż uczestnicy eksperymentu byli znacznie mniej skłonni do zjedzenia fudges, ciastek czekoladowo-orzechowych, kiedy kształtem przypominały one psie odchody. Inne doświadczenia pokazują, że ludzie mniej chętni są do picia napojów z naczyń, na które sami nakleili etykietkę „cyjanek”. Wiele wskazuje na to, że w także relacjach z innymi ludźmi, nasz mózg poszukuje śladów potencjalnej infekcji, pieczołowicie odnajdując przejawy odstępstwa od normy (w tym fizycznej), wywołujące w nas uczucie zaniepokojenia i odrazę. Choroby zakaźne nierzadko powodują widoczne zmiany w wyglądzie i budowie ciała. W konsekwencji, wydaje się prawdopodobnym, ze dysponujemy mechanizmami, które reagują na ich wystąpienie. Odbywa się to przez aktywowanie emocji odrazy i niepokoju, które prowokują zachowania mające na celu uniknięcie kontaktu z osobami przejawiającymi zmiany fizyczne. Podobnie jak w wypadku wielu innych ludzkich „systemów wczesnego ostrzegania”, jest on przeczulony, aktywując się w wypadku osób z widocznym piętnem fizycznym nawet wtedy, gdy faktycznego zagrożenia nie ma. Przykładem może być otyłość czy deformacje ciała. Badania pokazują, że osoby szczególnie obawiające się zarazków, reagują wyraźniej zaznaczoną awersją wobec osób otyłych, fizycznie niesprawnych i będących w podeszłym wieku. Uprzedzenia te objawiają się zwłaszcza wtedy, kiedy przypomnimy ludziom o potencjalnych zagrożeniach płynących ze strony drobnoustrojów. Pozwala to wysnuć przypuszczenie, iż właśnie świadomość obecności chorobotwórczych mikroorganizmów może być czynnikiem wyzwalającym poczucie zagrożenia.

Swoje chwalicie

To samo zdaje się dotyczyć członków odmiennych grup, na przykład narodowościowych czy etnicznych. Nie od dziś wiadomo, że mamy wyraźną tendencję do traktowania członków swojej grupy lepiej, aniżeli ludzi pozostających poza jej obrębem. Oceniamy ich jako bardziej podobnych do siebie, jednocześnie częściej posługując się przy tym stereotypowym myśleniem. Tendencja ta nazywana jest stronniczością międzygrupową. Podobne skłonności obserwuje się nawet w wypadku grup, które zostały utworzonych przypadkiem, na przykład przez rzut monetą. Sławetna demonstracja przeprowadzona przez Jane Elliot (przedstawiona w filmie „Niebieskoocy”) pokazała, że dzieci potrafią poddawać ostracyzmowi swoich kolegów z klasy na podstawie informacji, że kolor oczu ma związek z ich inteligencją. Uprzedzenia międzygrupowe szczególnie silne stają się w obecności zagrożenia zarażeniem, np. gdy badanym prezentuje się zdjęcia lub opisy zmian chorobowych na skórze. Badania nad występowaniem stronniczości międzygrupowej, jakich dokonuje się na kobietach ciężarnych, dostarczają szczególnie spektakularnych wyników. Wygląda na to, że zmiany w jej nasileniu silnie współgrają z przebiegiem ciąży, konkretnie zaś, z występowaniem porannych nudności, podobnie jak wspomniana skłonność, szczególnie częstymi w pierwszym trymestrze ciąży. W tym czasie następuje obniżenie aktywności układu odpornościowego kobiety. Efekt ten zmniejsza ryzyko zaatakowania przez własne przeciwciała potencjalnie obcego organizmu jej potomstwa, które rozwija się w łonie matki. Skutkiem jest między innymi większa wrażliwość kobiety na smaki i zapachy. Nieświadomie pomaga jej to w obronie przed toksycznymi substancjami obecnymi w niewielkich ilościach w pożywieniu. Na ogół nie wyrządzają one większych szkód w dorosłym organizmie (przypuszcza się, że może być to powodem, dla którego małe dzieci nie przepadają za jedzeniem brukselki). Dla delikatnego, dopiero rozwijającego się płodu, nawet niewielkie ich ilości mogłyby być jednak bardzo groźne. Kontakt kobiety z chorobotwórczymi mikroorganizmami byłby w tym okresie szczególnie niebezpieczny dla niej samej i dla jej potomstwa, rozsądnym jest więc unikanie wszelkich możliwych źródeł groźnych zarazków. Niewielki wzrost stronniczości międzygrupowej obserwuje się także w okolicach porodu. Jest to moment, kiedy kobieta szczególnie potrzebuje opieki swych bliskich.


Nieczyste myśli


Liczne badania pokazują, że świadomość obecności zarazków w otoczeniu wpływa na nasze postawy, poglądy i osądy moralne w jeszcze szerszy sposób, niż opisany do tej pory. Bodźce przypominające nam o zanieczyszczeniu sprawiają, że stajemy się bardziej konserwatywni. Czystość fizyczna odgrywa istotną rolę w nieświadomych procesach moralnego oceniania np. aktywności seksualnej. Badani udzielający odpowiedzi na pytania badaczy w pobliżu łazienki bardziej rygorystycznie oceniają praktyki seksualne potencjalnie skutkujące kontaktem z zarazkami. Wygląda również na to, że ludzie mieszkający w rejonach, gdzie ryzyko zarażenia się jest szczególnie duże, różnią się pod względem osobowości od mieszkańców rejonów gdzie występują warunki korzystniejsze dla zdrowia. W badaniach wykazują mniejszą otwartość na doświadczenie (jest to cecha osobowości wyznaczająca naszą skłonność do próbowania nowych rzeczy i eksperymentowania ze światem), niższą ekstrawersję (otwartość w kontaktach z innymi ludźmi i gotowość do poznawania nowych osób), jak również mniejsza otwartość seksualna. Społeczności zamieszkujące takie obszary są też nastawione bardziej kolektywistycznie i konformistycznie. Mają także większą skłonność do wywierania presji na swoich członków, gdy przekraczają oni obowiązujące normy. Tym samym wydaje się, że nasze poglądy stanowią pewną formę unikania zagrożeń dla naszego zdrowia.
Strach przed wszechobecnymi zarazkami ukształtował również nasze preferencje względem wyglądu partnerów seksualnych. Wiele badań koncentrujących się na poszukiwaniu źródła tego, co nazywamy pięknem fizycznym, wskazuje na symetryczność rysów twarzy i budowy ciała, jako jeden ze szczególnie istotnych czynników przy dokonywaniu oceny. Dlaczego miałaby ona być ważna akurat w wypadku urody? Okazuje się, że jest ona dość dobrym wskaźnikiem ogólnego stanu zdrowia organizmu. Bowiem odstępstwa od symetrii w budowie ciała mogą być rezultatem przebytych chorób, urazów i nieprawidłowości rozwojowych. Wygląda na to, że poszukiwanie zdrowego partnera, o silnym układzie odpornościowym, który odziedziczyć może nasze potomstwo, nakazuje nam poszukiwanie symetrii w jego fizyczności. Preferencja ta staje się silniejsza wobec obecności patogenów w otoczeniu, tak, jakbyśmy instynktownie szukali wtedy zdrowszych partnerów. Niektórzy badacze sugerują, że być może poszukujemy jej tak silnie, że przenosimy tę preferencję także na inne dziedziny życia, wyżej oceniając symetrię w projektowaniu budynków. Choć bywa nazywana estetyką głupców, symetria może mieć bardzo istotne znaczenie.

Lek na całe zło

Potencjalne biologiczne źródło uniwersalności ksenofobicznych uprzedzeń wydaje się skazywać nas na powtarzanie historii pełnej przemocy wobec Innego, czystek etnicznych i prześladowań mniejszości. Paradoksalnie jednak, w oparciu o wiedzę o mechanizmach, które za nimi stoją, możemy zyskać bardzo silne lekarstwo w walce z uprzedzeniami, w dodatku o uniwersalnym zasięgu. Możliwe, że nawet szczepionkę. Opublikowane w listopadzie ubiegłego roku wyniki badań uzyskane przez naukowców z Kanady i Stanów Zjednoczonych pozwalają przypuszczać, że oddziaływanie bezpośrednio na prawdopodobne źródło owych uprzedzeń - strach przed zarażeniem - może redukować lęk przed obcymi. Poprzez serię eksperymentów wykazali oni, że szczepienie przeciwko chorobom zakaźnym i przypominanie im o tym, że są chronieni przed drobnoustrojami redukuje ujawniane przez nich uprzedzenia. Programy profilaktyczne, które dotyczą chorób zakaźnych zyskują jeszcze większe znaczenie. Pomagają nam budować świat wolny od przejawów szowinizmu i nietolerancji.

Grafika:

CC-BYorangeacid
CC-BY-NC matt the monkey
CC-BY-NC-ND Wahj
CC-BY-NC premasagar
CC-BY-NC-SArachelbinx

Literatura:
Fincher CL, Thornhill R, Murray DR, & Schaller M (2008). Pathogen prevalence predicts human cross-cultural variability in individualism/collectivism. Proceedings. Biological sciences / The Royal Society, 275 (1640), 1279-85 PMID: 18302996
Park, J. H., Faulkner, J., & Schaller, M. (2003). Evolved disease-avoidance processes and contemporary anti-social behavior: Prejudicial attitudes and avoidance of people with physical disabilities. Journal of Nonverbal Behavior, 27(2), 65-87. Springer. Dostęp z http://www.springerlink.com/index/L147K15H81282134.pdf
Duncan, L., & Schaller, M. (2009). Prejudicial Attitudes Toward Older Adults May Be Exaggerated When People Feel Vulnerable to Infectious Disease: Evidence and Implications Analyses of Social Issues and Public Policy, 9 (1), 97-115 DOI: 10.1111/j.1530-2415.2009.01188.x
Young, S., Sacco, D., & Hugenberg, K. (2011). Vulnerability to disease is associated with a domain-specific preference for symmetrical faces relative to symmetrical non-face stimuli European Journal of Social Psychology, 41 (5), 558-563 DOI: 10.1002/ejsp.800
Faulkner, J., Schaller, M., Park, J., & Duncan, L. (2004). Evolved Disease-Avoidance Mechanisms and Contemporary Xenophobic Attitudes Group Processes & Intergroup Relations, 7 (4), 333-353 DOI: 10.1177/1368430204046142
Helzer, E., & Pizarro, D. (2011). Dirty Liberals!: Reminders of Physical Cleanliness Influence Moral and Political Attitudes Psychological Science, 22 (4), 517-522 DOI: 10.1177/0956797611402514
Little AC, DeBruine LM, & Jones BC (2011). Exposure to visual cues of pathogen contagion changes preferences for masculinity and symmetry in opposite-sex faces. Proceedings. Biological sciences / The Royal Society, 278 (1714), 2032-9 PMID: 21123269
Murray DR, Trudeau R, & Schaller M (2011). On the origins of cultural differences in conformity: four tests of the pathogen prevalence hypothesis. Personality & social psychology bulletin, 37 (3), 318-29 PMID: 21307175
Navarrete, C., Fessler, D., & Eng, S. (2007). Elevated ethnocentrism in the first trimester of pregnancy Evolution and Human Behavior, 28 (1), 60-65 DOI: 10.1016/j.evolhumbehav.2006.06.002
Rozin, P., Millman, L., & Nemeroff, C. (1986). Operation of the laws of sympathetic magic in disgust and other domains. Journal of Personality and Social Psychology, 50 (4), 703-712 DOI: 10.1037//0022-3514.50.4.703
Schaller, M., & Park, J. (2011). The Behavioral Immune System (and Why It Matters) Current Directions in Psychological Science, 20 (2), 99-103 DOI: 10.1177/0963721411402596

piątek, 13 lipca 2012

Nasza wewnętrzna bioróżnorodność

Artykuł ukazał się pierwotnie w "Miesięczniku Dzikie Życie" 3(213)/2012.

Myśląc o funkcjonowaniu naszego ciała, myślimy o skomplikowanym mechanizmie działającym wewnątrz pewnej formy życia. Tymczasem, prawda widziana z punktu widzenia biologii jest znacznie ciekawsza. Człowiek nie jest wyraźnie oddzielony od reszty świata, stanowi również twór raczej chaotyczny. Jako rezultat milionów lat podążania krętymi ścieżkami ewolucji jest doraźnym rozwiązaniem służącym replikacji genów, pomysłodawców idei człowieka. Świadczą o tym liczne atawizmy i prowizoryczne rozwiązania konstrukcyjne w naszym ciele. Spojrzenie na ciało człowieka z tej najniższej perspektywy pozwala na zupełnie nowy poziom rozumienia mechanizmów jego funkcjonowania i zależności pomiędzy tym konkretnym fragmentem świata, który uważamy za domenę naszego„Ja” a resztą środowiska. Granica jest bowiem zaskakująco płynna. Co więcej, towarzyszące nam każdego dnia organizmy w wyraźny sposób wpływają na nasze zachowania, a nawet – być może na kształt naszych myśli.

Gdzie się kończy i zaczyna człowiek?

Człowiek nie stanowi jednolitego tworu. Rzut oka na ludzki genom pozwala dopatrzeć się w nim fragmentów kodu genetycznego pochodzących prawdopodobnie od wirusów, które z biegiem czasu utraciły swoją naturę, niejako wplatając się w kod genetyczny człowieka. Niewielkie fragmenty kodu genetycznego żyją zaś swoim własnym życiem, nie pełniąc większej funkcji, jedynie się replikując. Ponieważ mitochondria w komórkach zwierząt i chloroplasty w komórkach roślinnych przed milionami lat stanowiły prawdopodobnie odrębne jednokomórkowe organizmy, które połączyły się z innymi, dając początek komórce, nasze ciało jest rezultatem symbiozy różnych organizmów. We współczesnej biologii powszechne jest rozumienie ewolucji z punktu widzenia genów (powodujących w środowisku określone efekty, nazywane przez nas organizmami), podlegających doborowi naturalnemu, pod kątem skuteczności ich funkcjonowania w środowisku. Patrząc z tej perspektywy, ciało ludzkie opisać można jako kolonię komórek, czyli kolonii symbiotycznych organizmów, powstałą z inicjatywy współpracujących ze sobą genów, które w drodze ewolucji nauczyły się (oczywiście metaforycznie, uczenie to odbywało się bowiem na podobnej zasadzie jak przesiewanie piasku przez sito) tworzyć dla siebie taki a nie inny wehikuł podróżujący przez czas i przestrzeń.

Co najciekawsze jednak - to, co nazywamy ciałem człowieka, jest środkiem realizacji interesów wielu genów, należących do różnych gatunków. Warto poświęcić chwilę na uściślenie tych pojęć. Gatunek jest bowiem dość powszechnie rozumiany przez biologów jako grupę osobników mogących się ze sobą krzyżować. Tym niemniej, z punktu widzenia ewolucji trudno jest niekiedy stawiać wyraźne granice pomiędzy gatunkami, wystarczy przywołać choćby różne gatunki należące do rodziny ludzkiej – Neandertalczyków, niedawno odkrytych Denisowańczyków* i Homo sapiens sapiens, które, jak wskazują badania genetyczne, krzyżowały się między sobą. Kilka procent nas wciąż ma w sobie ich geny, prawdopodobnie przyczyniło się to do polepszenia funkcjonowania naszych układów odpornościowych, dzięki nabyciu nowych przeciwciał. Znacznie lepszym opisem rzeczywistości życia na Ziemi jest „rzeka genów” (metafora użyta przez Richarda Dawkinsa), nieprzerwana nić łącząca pierwsze żywe komórki z ich żyjącymi współcześnie potomkami, ciągły przepływ genów pomiędzy różnymi tymczasowymi nośnikami (organizmami). Patrząc w ten sposób na różnorodność zamieszkujących Ziemię organizmów, znacznie łatwiej docenić ich wzajemne pokrewieństwo.

Jednym z takich zbiorowisk genów zainteresowanych skupiskiem materii organicznej znanej jako ciało ludzkie jest oczywiście Homo sapiens sapiens. Najbardziej oczywistym przykładem jego towarzyszy jest ludzka flora fizjologiczna. Wchodzące w jej skład bakterie, grzyby i archeony zamieszkują całą niemal powierzchnię skóry, wnętrze jamy ustnej i układu oddechowego czy kręte zaułki naszego przewodu pokarmowego, a nawet powierzchnię spojówek. W większości wypadków, wchodzące w jej skład organizmy są wobec nas obojętne lub nieszkodliwe. Jednakże, w stanach osłabionej odporności lub na skutek zaniedbań w dziedzinie higieny, delikatna równowaga populacyjna zostaje niekiedy zaburzona - mówimy wtedy o infekcji oportunistycznej.

Najbardziej zaskakującym faktem dotyczącym tych mikroskopijnych towarzyszy jest ich liczebność względem naszych własnych komórek. Różne zakamarki ludzkiego ciała zamieszkują bowiem rzesze organizmów przekładających się na dziesięciokrotnie więcej komórek niż tych wchodzących w skład ludzkiego ciała. W wypadku dorosłego mężczyzny, może to oznaczać nawet dwa kilogramy z wagi ciała! Ponieważ zdarza się, iż odgrywają one istotne funkcje w funkcjonowaniu naszego organizmu, czy nie powinniśmy co najmniej zacząć się do nich przyznawać i przestać traktować je jak obce? Towarzyszą nam one bowiem od samego początku pobytu na świecie, kolonizację nowego człowieka rozpoczynając w momencie narodzin. Niedawne badania pokazują nawet, iż pośród ludzkiej populacji wyróżnić można trzy podstawowe enterotypy, powtarzające się kombinacje mikrobów. Zważywszy na zależność stanu naszego zdrowia od stanu populacji naszych mikroskopijnych towarzyszy, odkrycie to może okazać się istotne dla rozwoju medycyny.

Podszepty wewnętrznej różnorodności

Wpływ owych pożytecznych mieszkańców naszego układu trawiennego nie ogranicza się wyłącznie do wspomagania trawienia węglowodanów czy wytwarzania niektórych witamin. Niedawne badania wyraźnie wskazują na to, iż bakterie żyjące w naszych jelitach mają wpływ na nasze zachowanie, nastroje, a nawet osobowość. Szczególnie znaczenie ma w tym wypadku oś podwzgórze-przysadka-nadnercza, czyli układ nieustannej wymiany informacji wewnątrz mózgu, jak również pomiędzy mózgiem a gruczołami nadnerczy. To właśnie przy jej pomocy organizm reguluje swoje reakcje na stres, kieruje trawieniem, układem odpornościowym, a także naszym nastrojem i emocjami. Wiele substancji chemicznych regulujących nasze zachowanie przewija się właśnie przez ten układ, w dużej mierze zresztą wspólny dla wielu organizmów żyjących na Ziemi. Przypuszcza się, że jego zaburzenia odgrywają rolę w powstawaniu niektórych postaci depresji. Ponieważ przez układ pokarmowy przemieszczają się ogromne ilości pokarmu – obcej materii organicznej – zarazki i pasożyty mogą skorzystać z owego konia trojańskiego, by wniknąć do wnętrza organizmu. W rezultacie, właśnie w przewodzie pokarmowym zbiegają się zawiłe zależności pomiędzy układem odpornościowym, hormonalnym i neurowydzielniczym (za pomocą produkcji określonych substancji chemicznych, regulującym działanie układu nerwowego). Realizuje je m.in. wspomniana wcześniej oś podwzgórze-przysadka-nadnercza.

Nie od dziś wiadomo, że zakłócenia w komunikacji z naszymi niedostrzegalnymi towarzyszami mogą skutkować coraz bardziej rozpowszechnionymi chorobami autoimmunologicznymi, w których nasz własny układ odpornościowy zwraca się przeciwko komórkom swojego organizmu. Ostatnie odkrycia naukowców z kanadyjskiego McMaster University wskazują, że podobnie może mieć się sprawa z zaburzeniami zachowania. Badacze obserwowali proces uczenia się laboratoryjnych myszy w czasie pokonywania nieznanego im wcześniej labiryntu. Okazało się, że myszy, których organizmy zostały uprzednio wyjałowione z symbiotycznych bakterii zachowywały się inaczej. Wydawały się znacznie bardziej lękliwe i mniej chętne do eksplorowania labiryntu. Zmiany zaszły także na poziomie fizjologicznym. U myszy wystąpiło także rozregulowanie wydzielania BDNF**, substancji kluczowej dla rozwoju neuronów i tworzenia się pomiędzy nimi synaps. Niedostateczne ilość tej substancji obserwuje się czasami u ludzi dotkniętych wieloma rodzajami zaburzeń psychicznych, w tym również zaburzeniami wywołanymi chronicznym stresem. Inne badania pokazały, że podobne zasiedlenie mysich organizmów przez właściwe im szczepy bakterii powodowało odwrócenie się zmian w zachowaniu.

Interesujące zależności znaleźć można także w wypadku tzw. probiotyków. Zaobserwowano bowiem, że niektóre szczepy bakterii wchodzące w ich skład obniżają poziom lęku i stresu u badanych ludzi, co więcej, mają pozytywny wpływ na nastrój pacjentów dotkniętych zespołem jelita drażliwego, często związanego z zaburzeniami natury psychicznej. Mechanizm tego wpływu wciąż wymaga dokładniejszych badań, wydaje się jednak, że bakterie te redukują stany zapalne i poprawiają ogólne odżywienie organizmu. Istnieją dane wskazujące także, że niektóre typy bakterii zmniejszają produkcję hormonów stresu czy osłabiają biochemiczne procesy występujące u ludzi dotkniętych z depresją.

Czy to jeszcze ja, czy już pierwotniaki?


Bardzo ciekawy wpływ na zachowanie człowieka i innych zwierząt ma także toksoplazmoza, chorobapasożytnicza wywoływana obecnością pierwotniaka Toxoplasma gondii. Jego ostatecznym żywicielem są koty domowe, rozsiewające jaja pasożyta w odchodach. Jednym z najczęstszych nosicieli - małe dzieci bawiące się w piaskownicach dzielonych z poczciwymi dachowcami, które korzystają z nich jako kuwet. Sama choroba pojawia się jednak relatywnie rzadko. Jedną z podstawowych źródeł zakażenia u ludzi jest jedzenie niedogotowanego mięsa i kontakt z odchodami.

Pierwotniaki wywierają specyficzny wpływ na zachowanie nosiciela. Zainfekowane nimi gryzonie tracą wrodzony lęk i stają się beztroskie w obliczu kotów. W niektórych wypadkach, wydają się nawet być zainteresowane kontaktem z nimi. Dla gryzonia jest to oczywiste nieporozumienie, dla kota - i zawartych w ciele gryzonia pierwotniaków – doskonała okazja. Zjadając swoją ofiarę, koty wchłaniają oczywiście również pierwotniaka, który trafia w ten sposób do organizmu upragnionego ostatecznego żywiciela. Jest to o tyle istotne, że poza zmianami w zachowaniu, zarażony gryzoń wygląda na zdrowego i nie wzbudza podejrzeń, stanowiąc atrakcyjny kąsek dla drapieżnika. Na czym polega to zjawisko? Okazuje się, że szczególnie dużo cyst pierwotniaka można znaleźć wokół ciała migdałowatego nosiciela, fragmentu mózgu regulującego m.in. emocję strachu.

U ludzi sprawa ma się równie poważnie. Szczególnie dużo osób zakażonych toksoplazmozą znajduje się w populacji schizofreników. Wydaje się, że schizofrenia może być, przynajmniej w niektórych wypadkach, częściowo wywoływana przez zakażenie tymi pierwotniakami. Jednakże zdrowi nosiciele toxoplasma gondii również przejawiają pewne znaczące zmiany w zachowaniu. W badaniach przeprowadzonych w Czechach, okazało się, że mężczyźni mający w swoich organizmach pierwotniaka toksoplazmozy byli bardziej wycofani, mniej skłonni do innowacji, wolniejsi, bardziej metodyczni i lepiej zorganizowani. Częściej też powodowali wypadki drogowe, co może mieć związek z ich opóźnioną reakcją motoryczną. Być może jest to sposób w jaki, w zamierzchłej ewolucyjnej przeszłości pasożyt podsuwał swoje ludzkie ofiary polującym na nie wielkim kotom. Jeśli chodzi o kobiety, stawały się one natomiast bardziej otwarte, wylewne, ufne i mniej podejrzliwe. Czuły się mniej skrępowane, bardziej pewne siebie i usatysfakcjonowane, przejawiały też więcej inicjatywy, co wiązać się może z otwartością seksualną.

Na co dzień towarzyszą nam także znacznie większe organizmy. Jest bowiem niemała szansa, iż właśnie w tej chwili, na naszych rzęsach, skórze lub wewnątrz gruczołów łojowych przechadzają się maleńkie roztocza. Za dnia tkwią zagłębiony w skórze, wieczorem wyruszają na poszukiwania pożywienia - łoju, innych wydzielin gruczołów łojowych i złuszczonego naskórka. Maleńki (liczy sobie ledwie 0,1-0,4 mm) nużeniec ludzki to pasożytniczy roztocz bardzo rozpowszechniony pośród ludzkiej populacji. Według niektórych szacunków, niemal każdy dorosły może mieć na sobie kilka nużeńców, zwłaszcza na terenach wiejskich. Badanie przeprowadzone na kilkuset mieszkańcach Nowego Jorku pokazało, iż dzieci i młodzież mają go w ⅓, dorośli ½ a ludzie starsi ⅔ przypadków. Zwykle koegzystencja nużeńców z ludźmi przebiega stosunkowo bezproblemowo - zazwyczaj są one po prostu niegroźnymi komensalami i nie wywołują poważniejszych objawów chorobowych. Osłabienie organizmu wywołane np. przebytą chorobą, dużym wysiłkiem lub silnym stresem może spowodować, iż układ odpornościowy utraci kontrolę nad populacją nużeńców i pojawi się ich zbyt dużo. To zaburzenie równowagi nazywane jest demodekozą.

Dzikie życie w nas samych

Istnieją jednak całe rzesze znacznie bardziej groźnych pasożytów, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Do niedawna jeszcze nieliczni ludzie byli od nich wolni. Pasożyty stanowiły poważne zagrożenie dla zdrowia i życia całych populacji, odgrywając istotną rolę w doborze naturalnym. W niektórych rejonach świata wciąż są chlebem powszednim, co wydaje się nieprawdopodobne człowiekowi żyjącemu w zachodniej cywilizacji. Okazuje się również, że organizmy te mogły mieć ogromny wpływ na ewolucyjną historię naszego gatunku i kształt dzisiejszych ludzkich społeczeństw, a nawet uprawianej przez nas polityki.

Przez miliony lat nasi przodkowie koegzystowali z pasożytami, co przyczyniało się do nieustannego wyścigu zbrojeń. Z drugiej strony, z punktu widzenia organizmu, niekiedy bardziej opłacalne mogło być nie tyle całkowite pozbycie się pasożytów, a raczej utrzymywanie ich populacji w ryzach lub po prostu minimalizowanie wywoływanych przez nie strat. Tzw. hipoteza starych znajomych zakłada, że nasze układy odpornościowe, dostrajając swoją czułość, nauczyły się funkcjonować ze stałą obecnością sublokatorów i dostosowały się do środowiska jakie stwarzają wydzielane przez nie związki chemiczne, mające za zadanie osłabić czujność naszych przeciwciał. Porównanie szczurów laboratoryjnych (żyjących w sterylnych warunkach) i ich dzikich kuzynów, stanowiących rezerwuar pasożytów wewnętrznych i zewnętrznych, pokazało, że komórki śledziony tych pierwszych wykazują nadmierną aktywność, jeśli chodzi o reakcję odpornościową. Najprościej rzecz ujmując, ich układ odpornościowy, funkcjonując przy niskim poziomie stresu ze strony patogenów, nie ma nic lepszego do roboty i niejako z nudów atakuje komórki należące do własnego organizmu.

Być może nie inaczej jest z ludźmi. Rewolucja w higienie, jakiej jesteśmy świadkami właściwie od niedawna, zmieniła ową delikatną równowagę sił diametralnie, co zbiegło się ze znacznym wzrostem zachorowań na choroby autoimmunologiczne. Statystyki pokazują, że w niektórych krajach nawet 40% populacji cierpi z powodu jakiejś formy alergii. Jednym z proponowanych wyjaśnień tego faktu jest tzw. hipoteza higieny. Ponieważ nasz genom jest jeszcze niedojrzały a środowisko w jakim żyjemy, za sprawą naszej działalności, zmieniło się nie do poznania, nie jesteśmy przystosowani do warunków, w których przyszło nam żyć. Nie mamy już towarzyszy, wraz z którymi ewoluowaliśmy. Pojawiają się już jednak pomysły ponownego zasiedlania ludzkich organizmów towarzyszami, których pochopnie się pozbyliśmy. W wielu doświadczeniach w których ludzi i zwierzęta w kontrolowany sposób infekowano pasożytami (lub po prostu podawano wydzielane przez nie substancje), rzeczywiście zaobserwowano zmniejszenie objawów w przypadku cukrzycy typu I, zespołu jelita drażliwego, reakcji alergicznej na orzeszki ziemne czy artretyzmu. Spośród obserwowanych przez kilka lat pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane, ci, którzy przypadkowo zasiedleni zostali przez pasożyty mieli mniej objawów. Prowadzi się dalsze badania nad podawaniem pacjentom starannie wyselekcjonowanych, bezpiecznych dla nich i dostosowanych do konkretnego przypadku pasożytów.

Obecność pasożytów w otoczeniu człowieka ma także zaskakujący wpływ na jego stosunek do świata. Przykładowo, brud i obiekty powszechnie uważane za odrażające – zwiastujące obecność patogenów – sprawiają, iż stajemy się bardziej rygorystyczni moralnie. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, zależność ta jest prawdziwa także na znacznie szerszą skalę.szerszą skalę. Im mniej sterylne środowisko, tym mniej ludzie gotowi są tolerować odmienne od własnych punkty widzenia w kwestiach stylu życia, obyczajowości i moralności. Wzrasta także nacisk, jaki kładą na zachowania mające na celu dobro ogółu. Rozpowszechnienie na świecie postaw liberalnych i konserwatywnych, powiązanych ze stopniem demokratyzacji danego społeczeństwa, okazuje się być w dużej mierze wynikiem rozpowszechnienia na danym terenie pasożytów i patogenów. Społeczności niechętne wobec odmienności i innowacji żyją najczęściej na obszarach obfitujących w tego typu zagrożenia dla zdrowia. W miarę poprawiania się warunków sanitarnych, ludzie pozwalają sobie na znacznie większą otwartość, tolerancję i indywidualizm. Niektórzy badacze łączą przemiany społeczne, takie jak rewolucja seksualna lat 60. czy zmiany w systemach wartości Europy Zachodniej, z poprawą ogólnej sytuacji zdrowotnej i sanitarnej, a tym samym z mniejszym kontaktem z patogenami w środowisku.

Nasi nieodłączni maleńcy towarzysze, obecni z nami od milionów lat, od zarania dziejów naszego gatunku niezauważalnie wpływają na nasze życie. Ich subtelne podszepty i wynikające z nich zależności wyraźnie pokazują, jak trudno jest wyznaczyć granicę pomiędzy człowiekiem, a resztą środowiska. Nasze myśli, poglądy i nastroje stanowią część zachodzącej nieustannie komunikacji między nami i miliardami mikroorganizmów, bez których nie bylibyśmy sobą. 



* W marcu 2010, w jaskini Denisova w Kraju Ałtajskim odkryto kości palca kobiety, prawdopodobnie należącej do nowego gatunku z rodzaju Homo.
** BDNF (ang. brain-derived neurotrophic factor)- mózgopochodny czynnika neurotropiczny

grafika:
CC-BY-NC Holly Gramazio
CC-BY-NC-SACenter for Image in Science and Art _ UL
CC-BY-NC-ND Kasi Metcalfe
CC-BY-ND Ryan